RSS
czwartek, 14 czerwca 2012
sie dzieje
Jestem wlascicielka domu i od dzisiaj posiadaczka dwu pokojowego mieszkania w Walnut Creek. Walnut Creek jest bardzo ladnym, rodzinnym miasteczkiem na obrzezach San Francisco. Do centrum SF mamy 40 min metrem, ktore jest piec minut drogi od naszego mieszkanka. A do centrum miasteczka mam z okolo 15-20 min spacerkiem, wiec tez niezle. Mieszkanie mamy z widokiem na basen, podobno bardzo sloneczne, o tutaj prosze zdjecie:



Oprocz basenu, jest podobno silownia.
Oj bede tesknic za moim domkiem...na razie sie pakuje. Zaczelam pakowanie od dolu, czyli od piwnicy, gdzie wiekszosc rzeczy mialam juz popakowane w pudla plastikowe, wiec teraz musze je tylko oznaczyc i koniec. Spakowalam szesc pudel, ktore glownie ida do przechowalni, jedne pudla, ktore zawieraja zabawki dla Artura ida tam na pare miesiecy, reszta na rok. Tak, plan jest roczny. Tyle dajemy sobie na sprzedaz domu, no oczywiscie mam nadzieje, ze dom sprzedamy szybko. Juz jedna zainteresowana mamy, mam nadzieje, ze kobiecie sie spodoba i ze zanim wyjedziemy uda sie nam podpisac papiery. Zrobilysmy dzisiaj z Mama wielkie pranie kurtek, swetrow, czapek itp. Jutro bede je pakowac. Niedlugo mi zabraknie podlogi, haha.

Udalo mi sie zaopatrzyc w kartony w Marshallu, wiec jutro jade po nastepna czesc i po czysty papier co bym mogla zaczac pakowac kuchnie. Potem Artura zabawki z sypialni, jego ciuchy, a potem musze spakowac nam walizke, bo na tydzien wyjezdzamy ( na czas transportu) do tescia, do Pittsburgha. Mam nadzieje, ze przezyje ten tydzien. Choc widze, ze tesc sie stara i juz nawet pozyczyl pack & play, a myslalam, ze bede musiala kupic jakies turystyczne lozeczko, ma nawet pozyczyc fotelik, wiec super.
Lekko mnie przeraza lot, czy nawet dwa loty. Najpierw lecimy do Pittsburgha, bo nie moga po mnie przyjechac, za duzo zakretaniny dla nich, a potem lot do Kalifornii. Nie wiem czy powinnam sie stresowac promieniowaniem kosmicznym? macie jakies opinie na ten temat? mam nadzieje, ze dam rade, bo ja niecierpie latac malymi samolotami, a teraz musze byc silna dla Artura i nie moge sie denerwowac, bo facet wyczuje i dopiero bedzie ;) jakies rady? ktos lecial z 12 tygodniowym malenstwem? No, a potem mam w planie lot do Polski jesli zamowiony paszport nie zaginie pomiedzy adresami.

Powoli robi mi sie lista rzeczy do oddania...jak kwiatki na przyklad, czy ozdoby/dekoracje swiateczne, ciuchy tez mam, ale i miejsce dla nich znalazlam, musze tylko zawiezc.

Moj ostatni dzien w Filadelfii to 24 czerwca...
05:52, alexxela78
Link Komentarze (4) »
sobota, 09 czerwca 2012
klamka zapadła
Powiem krótko i na temat, bo z okazji zakrętaniny, nie wyspania, dzisiejszych szczepionek Artura i jego bólu i płaczu z tego powodu ( tak na marginesie biedny chłopczyk!) i tego upału nie mam weny twórczej na pisanie jakiegoś porządnego postu o nowym życiu, które już za momencik zacznę, zaczniemy ;)

Po dziesięciu latach życia na wschodnim wybrzeżu, w Filadelfii dokładnie mówiąc/pisząc, wyprowadzamy się na zachodnie, a dokładnie do San Francisco.

Rady jak się pakować i co pakować mile widziane!! Mam dwa tygodnie aby spakować cały dom i wystawić go na sprzedaż z malutkim chłopczykiem pod ręką ;) yay! lekko mnie to przeraża, ale damy radę.




02:33, alexxela78
Link Komentarze (21) »
piątek, 25 maja 2012
zielono mi
Od kiedy zostalam mama zaczelam odkrywac zielone przestrzenie dookola naszego domku. Na pierwsze spacerki zabieralysmy Arturka do pobliskiego malutkiego parczku, najpierw razem, potem puscilam moja Mame raz sama i przezylam ( ja, nie mama), potem wraz z przyrostem energii wybralysmy sie do parku, ktory miesci sie troche dalej od nas, wiec robi sie naprawde dlugi spacer. Bylam zdziwiona, ze takie fajne miejsce mamy niedaleko nas. Z paroma stawkami, i mnostwem sciezek. Minusem parku jest to, ze podczas weekendu jest on bardzo glosny. Pelno ludzi przyjezdza i robi sobie pikniki, urzadza imprezy, griluja sobie, dzieci lataja, muzyka na full, motory na okolo jezdza. Minusem amerykanskich parkow jest to, ze mozna do nich dojechac bardzo blisko z kazdej strony. Ten park mozna objechac dookola, a ze miesci sie niedaleko stadionow, to wiekszosc osob idacych/przyjezdzajacych na mecz parkuje wlasnie w nim i imprezuja sobie wlasnie tam, wiec z jednej strony fajnie, a z drugiej jak dla mnie za glosno.



Tydzien temu pojechalismy do Valley Forge, park przeogromny oddalony od Filadelfii o okolo 30 min, ( oczywiscie zalezy od korkow na autostradzie), niedaleko tego parku mieszkalam kiedys, ale od ostatniego razu w nim minelo siedem lat! Minusem parku jest to, ze kolo drogi dla pieszych, jest droga dla samochodow, wiec nie do konca swieze powietrze, ale przestrzeni do chodzenia duzo i widoczki piekne.
Przed wyjazdem studiowalam skladanie wozku, potem udalo nam sie zmiescic wozek w samochodzie, wiec troche potu by pozniej rozkoszowac sie widokami, ale Mlody nie dal nam poczytac na swiezym powietrzu, zdecydowanie facet nalezy do tych, ktorzy budza sie od razu kiedy przestaje sie jechac wozkiem. Oj tak wrazliwy egzemplarz mi sie trafil ;))
Pochodzilysmy, pogadalysmy, poodychalysmy innym powietrzem i wracajac z parku przebiegl nam droge malutki lisek. Pierwszy raz widzialam lisa!





Podpytalam moja znajoma, rowniez matke o parki w okolicy i wybralismy sie do kolejnego wlasnie wczoraj Oddalony mniej wiecej o 30 min, ale w inna strone i jak na razie jest na miejscu pierwszym. Wielkie jezioro, tak wielkie, ze nie da sie obejsc, piekny las dookola z pieknymi drzewami, przestrzen, plac zabaw w cieniu, miejsca do pikniku, laweczki i cicho. Byli ludzie, biegacze i rowerzysci i z psami, ale bylo cicho i spokojnie. Pochodzilismy, byly posilki pod 'grusza' choc czulam, ze Artur nie moze sie skupic na nich, udalo sie nam troche poczytac. Najlepiej mu sie je w domku, a na 'wyjezdzie'. Choc myslalam, ze jest jeszcze za maly na rozpraszanie sie, no coz mylilam sie.



W jednym i w drugim nie czulabym sie dobrze sama, ale we dwie dobrze nam sie chodzilo i nad jeziorkiem siedzialo ;)

Na liscie mamy jeszcze dwa parki do zobaczenia i jeden ogrod ( Longwood Gardens), do ktorego sie chyba jutro wybierzemy.

Poza parkami wyciagalysmy malego na zakupy do Wegmana i robila sie z tego prawie calo dniowa wyprawa. Mlody 'zwiedzal' sklep w nosidelku spiac, biedny zapocony, ale wyspany, potem w samochodzie, gdzie razilo go slonce. A propo slonca, czy ktos moze mi polecic 'cos' na tylnia szybe, bo niedlugo Arturek bedzie podrozowal sam na tylnim siedzeniu, bo teraz Babcia zaslania mu slonce padajace mu na twarz.
Dzisiaj wiec do sklepu wybralam sie sama, nie byl to zaplanowany wyjazd i za malo mleka zostawilam ale dziecko przezylo, a matka szybko sklep obrocila, ale potem trafila na korek i klnela pod nosem, ze szybciej do domu nie moze dojechac.
05:14, alexxela78
Link Komentarze (7) »
wtorek, 22 maja 2012
Jak rodziłam mojego syna, czyli zapiski porodu dla odważnych. Część trzecia i ostatnia.
No dobra, dziecię skończyło siedem tygodni! pora więc zakończyć moją szpitalną opowieść ;)

...Arturek leży mi na piersi przez długi czas, nasza doula pomaga mi przystawić go do piersi, którą Mały najpierw przez długi czas liże i smakuje, a na koniec się zassysa, ale ogólnie leży taki zmęczony, a ja? Ja się nie mogę nadziwić, że jest już z nami.

Za jakiś czas żegna się z nami doula, dziękuje jej za całą pomoc. Kiedy wychodzi  czuje, że energia ze mnie wyleciała, jestem ledwo żywa. Matt jedzie z Młodym na kąpiel na górę, a pielęgniarka pyta się mnie, czy chcę wziąć prysznic, na który chętnie przystaje, wiedząc, że poczuję się lepiej. Z tego co Mamusia mówi, to podobno pielęgniarka się zdziwiła, że pomimo takiego wysiłku jaki przeszłam mam siły aby wstać i iść się umyć. Pomaga mi razem z Mamusią powoli zejść z łóżka, rozbiera mnie i idę pod prysznic, Mamusia pomaga mi się umyć, potem dostaję jednorazowe majty i wielgachny wkład podpaskowy i kiedy jestem gotowa pielęgniarka przywozi wózek i mówi mi, że zaraz przyjdzie eskort  aby zabrać mnie  na gore, na piate pietro do pokoju, więc jeszcze mam siłę zadzwonić do Matta, że zabieramy ze sobą te najważniejsze rzeczy, a po resztę musi wrócić On sam, bo ja już muszę opuścić pokój porodowy. Pielęgniarka pomaga mi usiąść na wózku i zabierają mnie na górę.

Leżąc juz na łóżku w pokoju poporodowym ( cały dla nas ) mam jeszcze energię, aby zadzwonić do Taty, ale rozmawiając z nim czuję, że odpływam, więc słabiutkim głosikiem mówię mu nowinę, a potem przekazuję telefon Mamie.

Czuję się jakby mnie pociąg potrącił, ledwo żywa i zamiast wykorzystać sytuację, że jest i Matt i moja Mama i zapaść w sen to gadam, a potem nie mogę się nadziwić, że Torbiniątko jest już z nami i że jestem już po porodzie.  Pamiętam, że bardzo się cieszyłam, że jest już po ;)

W międzyczasie przychodzi pielęgniarka  i opowiada ważne rzeczy co i jak, teraz już wszystkiego nie pamiętam bo nie mogłam się skupić i wtedy pomyślałam sobie, że takie gadki powinny zostawić na dzień następny, bo do człowieka wiele spraw nie dochodzi i nie ma sił gadać, bo w końcu dopiero rodził, a ja jeszcze nie spałam całą noc. Z tego co zapamiętałam, to  pytała się, czy chcę szczepić na żółtaczkę, czy Arturek będzie obrzezany i omawiała jakie badania będą mu przeprowadzać, a następnie podrzuca do mojej łazienki torbę z 'rzeczami osobistymi', prezent dla mnie, czyli wielkie podpaski, jednorazowe majtki, niebieskie wkładki, zimne kompresy i kompresy z wyciągiem z kasztanowca i spraje, które mają mi pomóc na moje rany. Za każdym razem jak wstaję z łóżka, czuje, że  leje się ze mnie i że nie mogę tego kontrolować, dziwne uczucie. Przed wyjściem Mamusia pomaga mi z wymianą, a potem pielęgniarka. Leje się ze mnie kiedy zmieniam pozycję i to zmęczenie materiału, czyli mojego ciała. Całe szczęście, że do worka nie dorzucają lusterek, bo jakbym popatrzyła na te moje rany pewnie dostałabym zawału serca. A tak popatrzyłam dopiero w poniedzialek i byłam w szoku, choć na pewno było o wiele lepiej.

Odwiedziny są w godzinach od 9 do 9 wieczorem, moi wychodzą wcześniej, w końcu też zmęczeni, za bardzo nie spaliśmy. Ja chyba wogóle. Maleństwo ze mną w pokoiku. Nocna pielegniarka terroryzuje mnie i każe mi przystywiać Małego co trzy godziny i ustawić sobie zegarek na budzenie, Młody spędza większą część nocy na mojej piersi, na obu piersiach, a ja czuwam choć tak bardzo mi się chce spać, ale boję się zasnąć z Małym w obięciach. Ciężko mi wstać, nie wiedziałam, że te łóżeczka szpitalne są takie wysokie, więc muszę wstać z łóżka, żeby go położyć, ale za każdym razem jak go kładę, po paru minutach On się budzi i zaczyna płakać, uspokaja się zaraz jak go kładę na swoją klatkę piersiową, więc tak pomiedzy karmieniem, a przychodzącą co parę godzin pielegniarką doczekujemy rana, w końcu Młody zasypia w swoim łóżeczku, żeby zaraz być obudzonym i zabranym na poranne badania. Po godzinie wraca, potem przynoszą mi śniadanie, w miedzyczasie przychodzą też moi aby mi pomóc w prysznicu, a potem przychodzi laktatorka zobaczyć jak sobie daję radę. Doradza jak ma się Mały zassać, ale Młody ma problemy, więc najpierw przywozi mi pompkę elektryczną, a potem postanawia, że dobrym pomysłem by było wprowadzenie kapturka. Co poźniej okazuje się, że nie było to dobrym pomysłem bo się kapturków nie powinno wprowadzać noworodkom. Zamiast więc dać przyrodzie czas, poszła po najniższej linii. Z kapturkiem udało się nam na dobre pożegnac chyba w trzecim tygodniu życia, ale był to frustrujący proces, dobrze że już za nami.  Po laktatorce przychodzi  pediatra naszego i okazuje się,  że wyniki Arturka nie są dobre i że to że podczas porodu dostałam tylko jedną dawkę antybiotyku na mojego paciorkowca i to było za mało, postanawiają powtórzyć badania. Przychodzi też lekarka z NIKU. Na rezultaty czekamy jak na szpilkach, niestety wyniki nie są dobre, zapada decyzja, że muszą zabrać Młodego do NIKU na obserwację. Mi emocje się przyplatają, jest mi go tak żal, jest mi okropnie smutno i jak pielęgniarka przychodzi aby go zabrać na dół oddaję Go ze łzami w oczach. Informują mnie przy okazji, że mogę przyjść na karmienie, że zadzwonią do mnie jak będzie gotowy. Po wyjściu orszaku, płaczę za dużo emocji szaleje w moim ciele. Dzwonią po jakimś czasie i idę na karmienie razem z Mamą. Jak go widzę w łóżeczku to też łzy mam w oczach, nie jest taki malutki jak inne dookoła niego maluszki, ale sama wiedza, że tu jest przeraża. Dają mi wygodny fotel, poduchę do karmienia i dobrze jest znowu trzymać Go w ramionach, wracam tam jeszcze raz już sama wieczorem podczas którego okazuję się, że jeden z wynikow jest dobry, więc Mały może wrócić na górę do mnie, i na antybiotyk będzie dostawał  już na moim pietrze. Mały wraca przed dziesiątą i od tej pory do prawie czwartej rano jest u mnie na klatce piersiowej jedząc co chwilę a to z jednej piersi, a to z drugiej. I tuląc sie do mnie.  A ja myślę, że jak dobrze jest mieć Go z powrotem, tylko że padnięta jestem. Pielęgniarka proponuje wzięcie Go do nursery, ale ja odmawiam, bo źle bym się z tym czuła. Rano biorą Go na badania i na antybiotyk, potem wraca do mnie. W niedzielę okazuje się, że mnie wypisują, a Młody musi zostać prawdopodobnie do poniedziałku, ale lekarze nie są pewni. Matt chce bym wróciła do domku i się wyspała, ja nalegam aby zostać w szpitalu, gdzie okazuje się, że mogę spać  dwu pokojowym pokoju ale bez opieki medycznej i tak postanawiam, bo chcę karmic Młodego i być blisko niego. Młody nie może być ze mną w pokoju, ale i tak bliżej jestem niż jakbym była w domku.

Zostaję z Małym do około szóstej po południu w swoim pokoju, a potem pielęgniarka donosi mi, że już czas aby się przeprowadzić do drugiego pokoju i pyta się mnie, którą połówkę pokoju chcę, wybieram tą przy oknie ;), przeprowadzają mnie do niego i w momencie przeprowadzki do nowego pokoju z Maluszkiem okazuje się, że moją współ lokatorką jest dziewczyna, z którą chodziłam na zajęcia przygotowywujące nas do porodu naturalnego, jaki zbieg okoliczności! na dodatek jest również pacjentką tej samej lekarki co i ja, również rodziła z położną, prawdopodobnie z tą samą położną, a jej syn urodził się o pierwszej rano! Była w bardzo podobnej sytuacji co ja, ale niestety musiała zostać dłużej w szpitalu.  Maluszki zabrano nam do 'nursery' i wołali nas na karmienie, czasem ledwo co położyłyśmy się do łóżka, a tu odzywała się pielegniarka, że 'Mrs. Torbin, your baby is hungry', więc zrywałam się z łóżka i pędziłam do nursery na karmienie mojego kochanego Maluszka. Ciężko było, że nie miałam Go przy sobie, że musiał być z innymi maluszkami i spać w bardzo oświetlonym pomieszczeniu, ale w praktyce byłam częściej przy nim, niż w łóżku śpiąc. Pamiętam, że zawsze pod koniec karmienia. kiedy oddawałam Arturka z powrotem, pielęgniarki pytały się, czy pieluszka była mokra, a ja w większości sytuacji odpowiadałam, że nie, a potem wróciliśmy do domku i zaczęła się produkcja pełną parą ;)).

W poniedziałek od rana czekaliśmy  na wyniki, które przyszły lepsze, ale na ostateczną decyzję musieliśmy czekać do piatej po poludniu. Pediatra z NIKU,  ktory badał Mlodego mówił nam, że prawdopodobnie uda się nam wyjść wieczorem, bo Młody ładnie wygląda, i w sumie czekaliśmy na ostateczne wyniki testow. Po piątej dostaliśmy dobre wieści, że możemy iść do domku, och kamień z serca mi spadł i byłam bardzo podekscytowana tą wiadomością, że mogę ubrać Arturka w rzeczy i wziąć go do domciu, że pobyt w szpitalu dobiegł końca. Wypis i ubieranie zajęło nam następną godzinę, dostaliśmy wyprawkę dla Arturka i odprowadzeni pod samochód. I tak nowy rozdział w naszym życiu został rozpoczęty :)

Ogólne wrażenia ze szpitala mam bardzo pozytywne, bardzo miłe pielęgniarki i te opiekujące się mną i te opiekujące się Młodym. Wspaniali ludzie w NIKU, bardzo miło i serdecznie.

Nie mogę tylko uwierzyć w to, że za parę dni mój maleńki chłopczyk kończy dwa miesiące!! Kiedy to zleciało? Rośnie i ślicznie się rozwija. Robi się coraz dłuższy i grubiutki, choć wciąż trzyma linię, haha ;)


21:03, alexxela78
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 maja 2012
dlugo oczekiwany
Wczoraj po pieciu tygodniach przyszedl dlugo oczekiwany przeze mnie rachunek za moj porod.

Mam zaplacic tyle ile powiedziala mi babka z ubezpieczalni kiedy dzwonilam do niej bedac jeszcze w ciazy, ale nie moglam sie doczekac tej zakreconej sumy, przed ubezpieczeniem, o ktorej pisaly inne matki.

A wiec donosze, ze w szpitalu w Filadelfii, za porod naturalny, w tym dwie noce rachunek wynosi 14, 859 tys dolarow, niezle co?

Rachunek nie przyszedl szczegolowy, mam wiec w planach telefon do nich co by przeslali mi szczegoly na co poszla ta suma ;) bo ciekawa jestem.
03:27, alexxela78
Link Komentarze (12) »
piątek, 20 kwietnia 2012
Jak rodziłam mojego syna, czyli zapiski porodu dla odważnych. Część druga.
Najpierw wylądowaliśmy w tej birth suite z tą wielką wanną i super duper wygodnym i normalnie wyglądającym łóżku. Położna podjęła decyzję, że przebije mi pęcherz, bo już  jest gotowy, i że naciska mi na szyjkę i że przyśpieszy to jeszcze bardziej moje rozwarcie. Kazała położyć mi się na łóżku i przebiła mi ten pęcherz. Wow,  i poleciało mi ciepło między nogami ;) Takie niekontrolowane uczucie często opisywane przez kobiety w ciąży ;) Po wodach mialam dobre 6.5cm rozwarcia.

Z jednej strony przerzuciliśmy cały nasz dobytek do tej birth suite, żeby po paru minutach być przeniesionym do innej birth suite z wielkim prysznicem. Powód? Procedura szpitalna, u osób z cukrzycą ciążową zazwyczaj rodzą się większe dzieci, więc położna podjęła decyzję, że łatwiej jej będzie przyjąć poród jeśli będę na takim łóżku, które może być ustawione na rożnej wysokości, pod kątem, więc jeśli będzie sytuacja, że dzidziuś ma problem, będzie jej łatwiej ten poród przyjąć. Po rozmowie z naszą doulą po porodzie okazało się, że ogólnie procedura szpitalna jest taka, że w birth suite nie mogą rodzić osoby z cukrzycą ciążową, właśnie z tego powodu, ale moja położna powiedziała, że da sobie radę i tyle. Zupełnie o tym nie wiedzieliśmy przed porodem, więc fajnie było sobie moje luki wypełnić, jaki to był powód zmiany pokoju, bo na początku myślałam, że powodem zmiany pokoju było to, że mam GBS i, że nie mogę korzystać z wanny jeśli odeszły mi moje wody płodowe.

W drugiej birth suite wygodnego łóżka nie było, ale był prysznic, który bardzo spodobał się Mattowi podczas naszej wycieczki po szpitalu. którą odbyliśmy w czasie zajęć przygotowywujących nas do porodu naturalnego.

Przypominam sobie siebie i pamiętam, że byłam w swoim świecie, słyszałam głosy obok mnie, jak doulę, która pokazywała położnej i pielęgniarkom mój plan, jak pielęgniarka ( która tak na marginesie była wspaniałą kobietą!) mowiła co i jak i co mamy i co możemy dostać, ale byłam tak obolała, że cieszę się, że miałam tak wspaniałych adwokatów koło mnie, bo naprawdę człowiek nie ma sił na nic, skupia się na tych swoich bólach.

Po przyjściu do tego drugiego pokoju doula postanowiła wziąć mnie pod prysznic. Pamiętam naszą rozmowę podczas jednego z naszych spotkań prenatalnych i jak się jej pytałam, co mogę ubrać pod prysznic myśląc, że będę się wstydzić swojej nagości. Wow, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc jak Cię boli i masz skurcze, nagość i wstyd schodzi na plan dalszy, i ma się w nosie, że się jest nagim w tym momencie i wogóle o tym się nie myśli.

Prysznic był taki duży, że i ławeczka była na której mogłam usiąść i kibelek. Siedziałam więc na ławeczce okrakiem, a doula na zmiane z moją Mamą, polewała mój kręgosłup wodą. Pamiętam, że było mi nie wygodnie, że okropnie ten mój kręgosłup mnie bolał, że miałam momenty, że płakałam i powtarzałam, że tak strasznie mnie boli. I jakoś ten prysznic za bardzo mi nie pomagał, więc skończyłyśmy. Poza tym położna popędzała mnie z powrotem na łóżko, więc narzuciły na mnie wielki ręcznik, powycierały, przebrały w koszulę.  Był to czas na następną dawkę antybiotyku i koszmar zacząl się ponownie. Bo i monitor na brzuch i antybiotyk w żyłę i badanie temperatury i ciśnienia i pamiętam tylko ten przeraźliwy ból mojej dolnej części kręgosłupa.

W tej pozycji nie mógł mnie nikt masować, więc doula podłożyła mi poduszkę elektryczną, która za bardzo mi nie pomagała, bolało jak diabli. Powtarzaly mi, że dziecko przesuwa  się i że niedługo mnie ten kręgosłup przestanie boleć. Niestety przestał dopiero jak urodziłam ;) Z tego co PernaLyn mi opowiadała po porodzie to położna wiedząc jak bardzo boli mnie kręgosłup, kiedy normalnie na tym etapie kręgosłup już nie boli, myślała, że dziecko obróciło główkę w kanale i że wychodzi inaczej, więc pamiętam, że na parcie ustawiła mi moje łóżko tak, że ja byłam na pół siedząco na górze, a ona na dole w razie komplikacji miała dobry widok na rodzącego się Artura.

Po jakimś czasie zaczęłam odczuwać parcie, mocne parcie, więc poprosiłam, żeby sprawdziły mi czy już mogę przeć, okazało się, że mam dopiero 9cm. Czekanie pomiędzy 9, a 10 było wiecznością. W rzeczywistości nie wiem ile czasu minęło.  Czułam, że skurcze nie  mają już ani początka ani zakończenia, że są mocne, były jak fale oceanu podczas sztormu. Na dodatek ten głupi kręgosłup bolał mnie tak, że ryczeć mi się chciało plus niewygodna pozycja.

Pamietałam, że chciałam rodzić na siedząco i leżąc nawet nie miałam sił aby się zapytać co się stało z tym punktem na mojej liście. ( teraz już wiem dlaczego nie zaproponowano mi, żebym rodziła w innej pozycji. Nie spałam całą noc, więc mogłam nie mieć tylu sił aby rodzić na przykład w pozycji psa, a potem doszedł ten niekończący się ból kręgosłupa i ta niewiadoma jeśli chodzi o położenie główki).  Pamiętam, że mówiłam, że nie dam rady, że nie mogę powstrzymać tej siły parcia, że nie będzie dziecka numer dwa. I czekałam na położną, która sobie wyszła i nie wracała i czekałam na te 10cm, na zielone światło. Nie wiem ile czasu upłynęło zanim w końcu położna się zjawiła, ale dla mnie to była wieczność. I kiedy w końcu dała mi zielone światło, byłam szczęśliwa.

Zaczęło się parcie. Nie wiem jak to jest na epiduralu, ale bez jakichkolwiek prochów czujesz te fale skurczu, które przechodzą przez twoje ciało. Czujesz jak przychodzi i jak narasta i masz czekać aż narośnie tak żeby wykorzystać jej moc w 100%. Ale to czekanie aby narosła jest bardzo ciężkie. Jak już narośnie to przesz i podczas porodu uczysz się, które parcie jest tym dobrym parciem, poza tym położna z pielęgniarką pomagały mi odróżnić te parcia.

Przy mojej głowie z jednej strony stał Matt, a z drugiej moja Mama, w pierwszym rzędzie jedną nogę trzymała mi pielęgniarka, a drugą doula. Mamusia podawała mi lód i ochładzała mnie kompresami. Niesamowite jak mi usta szybko suchły. Wiem, że w pewnym momencie nastąpiła zmiana i to Matt był w pierwszym rzędzie trzymając mnie za jedną nogę.

I pre. Każą mi zgiąć głowę i podłożyć pod uda moje ręce i jeszcze bardziej przyciągnąć je do siebie. Rodzę, prę. Położna, pielegniarka i doula mi dopingują, że dobrze sobie radzę, że głowa idzie, ale uplywa w moim odczuciu dużo czasu, aż w końcu ją widać. Czuję, że położna masuje mi mój mięsień i polewa główkę i ściankę szamponem, żeby była śliska i bardziej się rozciągnęła i poddała idącej główce. Idzie głowa. A ja mam uczucie, że mnie rozrywa, czuje, że coś mnie piecze. Głowa wychodzi, jest w połowie, a ja mam uczucie, oprócz bólu kręgosłupa, że robię twardą kupę i że ta kupa ugrzęzła mi w połowie i nie chce wyjść. Naprawdę takie dziwne uczucie. Skurcze są ogromne, jak fale w czasie sztormu naplywają i się roztrzaskują i pre. Raz, potem łapie oddech i znowu prę, potem następny oddech i po raz kolejny prę i następuje koniec skurczu. Każą mi odpocząć,  ale zaraz następny idzie i czuję, że już idzie i nie mogę i nabiera mocy  i czuję, że nie dam rady,  ale w końcu dają mi zielone światło na następną rundę parcia. I teraz już wiem jak przeć aby nastąpił progres w wypchaniu tej głowy. Cały czas jestem skupiona na tym, aby ta głowa już wyszła. Głowa w końcu wychodzi, Matt widzi, a ja nie mam sił aby ją dotknąć, żałuje bardzo.

I znowu następny skurcz nadchodzi, ale mam czekać żeby się trochę podbudował i słyszę położną, która mówi do mnie  abym otworzyła oczy bo rodzi się mój syn, otwieram oczy i widzę jak go wyciąga, słyszę jego przeraźliwy wrzask,  i kładzie mi Go prosto na moją klatkę piersiową takiego mokrego, czystego, bez żadnej mazi, pomarszczonego. Młody zawodzi i uspokaja się dopiero po chwili. I widzę, że Matt płacze i mi łzy kręcą się i pamiętam, że zaczynam powtarzać, że zdrowy jest, bo tym się najbardziej przejmowałam. I mówię jaki malutki jest i patrzę na Niego jak otwiera i zamyka oczka, przytulam Go i mówię do niego. Potem słyszę jak położna  pyta się kto ucina pępowinę, doula uspokaja mnie mówiąc, że czekała aż przestanie pulsować, że wszystko jest tak jak chciałam. Matt pępowiny nie chce przecinać, więc położna pyta się mojej Mamy, która przecina pępowinę za drugim podejściem. Żałuję, że nie mam zdjęć z tego momentu. Młody nadal leży na mojej piersi w czapeczce i słodko się przyglada. Rodzę łożysko, potem mnie szyje bo się rozdarłam.

Podsuwają mnie do góry, bo kiedy położyli mi go na klatce położyli mnie płasko i przedstawiam Młodemu pierś, oblizuje ją i smakuje, och jest taki słodki i pachnący. Bardzo długo jesteśmy ze soba, witamy się i poznajemy nawzajem.

C.D.N.

Dopisane:

Zapomniałam napisać, że 'wypychanie' Arturka na świat zajęło mi tylko 45 minut ;)

02:57, alexxela78
Link Komentarze (18) »
czwartek, 19 kwietnia 2012
Nowy rekord
W wieku osiemnastu dni Artur pobił wczorajszej nocy rekord spania. W ciągu dnia miał problem z zaśnięciem, były to w większości bardzo krótkie drzemki, przerywane przy okazji wizytą u lekarza. Ostatni raz nakarmiłam Go zaraz po kąpieli o 8.16 i zasnął w końcu o 9.37. Idąc do łóżka zastanawiałam się, czy się obudzi po jedenastej na jedzonko. Nie obudził się, obudziłam sią ja po dwunastej i kiedy spojrzalam na zegarek pomyślałam 'o kurcze' znowu facet zaspał. Wstałam więc sprawdziłam pieluchę, nic nie było i zaczęłam Go budzić, nie dało się, więc Go odłożyłam i pomyślałam, że pewnie obudzi się sam za pół godziny, bo tak zazwyczaj robił jak przesypiał. Zasnęłam i obudziłam się za dziesięć trzecia! I jak zobaczyłam która jest godzina to zamarłam. Facet w najlepsze spał, ale dał mi się w końcu obudzić. Pojadl troszkę z jednej piersi, drugiej już mi się nie udało mu wcisnąć bo zasnął snem kamiennym i dopiero obudził się o szóstej. Sam się obudził, budząc mnie tym razem. Jestem bardzo ciekawa czy jakbym przespała tą trzecią rano, nie nastawiam zegarka, budzę się ostatnio sama i jestem tym faktem bardzo zaskoczona, czy przespałby do tej szóstej o głodnym żołądku? czy obudziłby się wcześniej? Kto wie.
Jest więc szansa, że jak będzie już starszy to będzie dobrze spać, jeśli już takie numery teraz robi.

No a poza  rekordem spaniowym mamy rekord w zużyciu pieluszek. Powróciliśmy do rozmiaru noworodkowego, z racji małej pupci wyżej zainteresowanego i mokrych ubranek.
Rekordem chłopczyka ( 15 dni spędzonych w domciu) jest zużycie 141 pieluszek!
01:00, alexxela78
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Jak rodziłam mojego syna, czyli zapiski porodu dla odważnych. Część pierwsza.
Opis porodu wyszedł mi bardzo długi, więc będzie w odcinkach ;) więc jeśli pojawią się pytania z Waszej strony bedzie latwiej je ogarnąć.

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że cieszę się, że moje marzenie o porodzie naturalnym sie spełniło, że w 99 procentach było tak jak chciałam, ale rodzic codziennie bym nie mogła, nawet co wiosnę bym nie mogła i chylę czoła tym co umieją. Bo takiego wysiłku co moje ciało przeszło to nigdy nie doświadczyłam, teraz się nie dziwię, że porównują poród do przebiegniętego maratonu. Ale zacznijmy od początku.


U lekarza byłam we wtorek, 27 marca na kontrolnej wizycie. Podczas tej wizyty jak zwykle sprawdzono mi mocz, a potem rozwarcie, które okazało się, że się zwiekszyło do 4cm i że szyjka macicy jest gotowa w 90%, więc wieści były bardzo dobre. Miałam też skurcz podczas tego badania. Lekarka obstawiła, że albo środa albo czwartek, wychodząc z gabinetu spytałam się recepcjonistki kiedy moja lekarka ma dyżur w szpitalu i okazało się, że właśnie w te dwa dni. A ja od jakiegoś już czasu planowałam rodzic z położnymi, więc pomyślałam, że ciężko będzie dokonać zmiany jeśli akurat moja lekarka będzie na dyżurze.

Wracając do domku, zrobiłyśmy z moją Mamą długi spacer i już podczas tego spaceru nie czułam się za dobrze. Tak nagle zaczęły  mi się bóle brzucha, jak przy zbliżającym się okresie, ale wróciłyśmy do domciu i jakoś się rozeszło po kościach. Powtórzyło się ponownie popołudniu i wieczorem, więc myślałam, że jeśli nie dzisiaj to na pewno w środę. Ale wtorek przeszedl, środa też, myślałam, że może w tę środę, bo ja się urodziłam w środę, ale nie. Kiedy środa mijała pomyślałam, że piątkowa data ładnie wyglada i że może Torbiniątko czeka, bo wie, że chce rodzić z położnymi, a nie chce czuć się nielojalnie wobec mojej własnej lekarki.

W czwartek bóle znowu się pojawiły, tak poźnym popoludniem, a wieczorem już siedziałam na piłce i zastanawiałam się, czy to już to ;) Esemesowałam z naszą doulą, że mam bóle takie jak przy miesiączce i że boli mnie przy nich kregosłup, dolna część. PernaLyn odpisała pytajęc się mnie jak często je mam i poradziła mi, że mam iść spać i przekonywała mnie, że na pewno się obudzę jak się zrobią bardziej mocne. Matt przyszedł z pracy i pamiętam mówiłam mu, że nie umiem liczyć tych skurczów, więc poczytaliśmy co i jak i w jakiej częstotliwości mają występować i poszłam do łazienki. Umyłam głowę, tak na wszelki wypadek jakbym miała iść do szpitala, wzięłam prysznic i około jedenastej poszliśmy spać. Pamiętam, że wysłałam jeszcze o 11.30 esemesa do przyjaciółki z tekstem, że chyba się zaczęło i że dam znać.  Nie wiem czy zasnęłam, czy też nie, ale około 1.20 rano bóle zaczęły przybierać na sile tak, że nie wygodnie było mi leżeć, wstałam więc, poszłam do łazienki i wróciłam i na podłodze zaczęłam się rozciagać w pozycji psa. Ale jakoś nie pomagało mi, obudziłam Matta mówiąc mu, że chyba się zaczęło. Matt wziął więc stopper i zaczęliśmy odliczanie długości skurczów. Pamiętam, że najpierw nie wiedziałam jak, potem w końcu nauczyłam się je odczytywać.

 Najpierw skurcze były 30 sekundowe, ale się wydłuzały i częstostliwość narastała też. O drugiej rano Matt napisał esemesa do naszej douli, że mam skurcze, które  są o długości minuty co dwie minuty się powtarzają przez ostatnie dziesięć minut i zapytał się czy czekać godzinę. Nasza doula zadzwoniła i probowała wywnioskować z rozmowy z nami, ze mną, czy to już czy ma przyjechać, czy jednak czekamy. Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy czekać nastepnej godziny bo samo jej przyjechanie do nas może zajmie godzinę. Po trzeciej rano przyjechala PernaLyn. Moje bóle najpierw zwolniły tempo, więc żartowałam, że może nie były prawdziwe, żeby  przybrać na mocy chwilę potem.

Postanowiliśmy, że do szpitala jeszcze nie jedziemy, że się przygotujemy najpierw w domku. I tak podczas większości skurczów siedziałam na piłce, a i próbowałam jeść co by mieć siłę na poród. Podczas każdego skurczu bolala mnie dolna część kregosłupa. W przerwie pomiędzy skurczami rozciagałam się na schodach z pomocą Matta, raz jedna noga, raz druga, podczas skurczy stawałam przy balustradzie i dreptałam w miejscu oddychając głęboko. Każdy skurcz liczyła doula, jak długie są i jak często występują. Około w pół do szóstej rano postanowiliśmy, że jedziemy do szpitala. Bóle były coraz mocniejsze, a że jestem nosicielką GBS chcieliśmy mieć pewność, że będziemy na czas. Zapakowaliśmy się do samochodu, podróż nie była długa, ale w pozycji siedzącej z bolącym kręgosłupem skurcze nie należały do przyjemnych, ale próbowałam skupić się na oddychaniu i jakoś przetrwałam tę podróż.  Pamiętam, że powtarzałam, że mnie bardzo  boli. Matt wysadził nas pod szpitalem, a sam pojechał  odwieźć samochód do garażu. A my na górę do izby przyjęć.

Wychodząc z windy rozpłakałam się, nie wiem w sumie dlaczego. I najlepsze, bo nie mogłam się uspokoić. Och emocje! Do izby przyjęć nie chciałam wchodzić bez Matta, więc czekałyśmy pod obmyślając plan działania. Punkt przyjęć, chyba to ładniej brzmi ;) ma zasady, że z osobą zainteresowaną mogą wejść tylko dwie osoby, więc wybrałam Matta i naszą doulę, a Mamuśka została w poczekalni. Na dzień dobry pielęgniarka spytała się z jakiego powodu jestem u nich dzisiaj ( bardzo mi się chciało śmiać wtedy i chciałam jej odpowiedzieć, 'kobieto nie widzisz?'), wypytała mnie o wszelkie info, co i jak. Całe szczęście, że miałam dwie osoby, które w większości odpowiadały na pielęgniarki pytania, bo ja byłam w bólu. W końcu pielęgniarka wzieła mnie samą do pokoju, nie wiedziałam o co jej chodzi, a ona zaczęła się wypytywać, czy czuję się bezpieczna, czy nikt mnie nie molestuje i czy mogę bezpiecznie wrócic do domku, wow nie wiedziałam, że tak pytają, powiedziałam, że wszystko dobrze jest.


 W pokoju przebrałam się w koszulę szpitalną, poprosiłam, że chcę aby poród był odebrany przez położne, a nie przez moją lekarkę i że chcę rodzić w 'birth suite'. Pielęgniarka odpowiedziała, że sprawdzi czy położne są wolne i żeby być przyjętym do 'birth suite' muszę mieć 6cm rozwarcia. PernaLyn pokazała im mój plan porodu, musiałam podpisać jakieś szpitalne papiery, że w razie czego mogą mi np. zrobić transfuzję i inne procedury szpitalne. I kazali mi wejść na łóżko, bo związku z tym, że miałam cukrzycę ciążową chcieli poobserwować malucha, nie pamiętam przez jaką ilość czasu, czy miała to być godzina, czy mniej. Położyłam się więc na boczku, monitor na brzuch, w nadgarstek wbiła mi się igłą co by podać mi pierwszą dawkę antybiotyku, ktoś inny sprawdził mi poziom cukru we krwi ( oczywiście miałam panikę w oczach, bo przecież jadłam owoce przed przybyciem do szpitala, ale wynik był bardzo dobry) i miałam poczekać na lekarza, albo położną, która miała mi sprawdzić rozwarcie.

Skurcze w pozycji leżącej nie należały do fajnych, należaly do bardzo niewygodnych i bolących, więc na zmianę z Mattem, doula masowała mi plecy, przy każdym skurczu, potem podłożyła mi poduszkę elektryczną, ale bycie w tej pozycji było męczarnią.
Po paru minutach przyszła lekarka sprawdzić moje rozwarcie i jaka byłam rozczarowana kiedy okazało się, że stoję w miejscu, że wciąż mam te 4cm i dalej nie poszło. Jedynie szyjka macicy była gotowa w 100%. Pamiętam, że chciało mi się płakać. Dostaliśmy dwie godziny, aby przejść z 4 do 6cm. Dostałam piłkę i możliwość chodzenia została mi zwrócona. Pomogła mi wtedy rozmowa z doulą, która widziała moją minę, ale przekonała mnie, że damy radę. I tak kończąc dawkę antybiotyku siedziałam na piłce i przechodziłam skurcze tam, a kiedy antybiotyk się skończył wyszłyśmy na korytarz, tak , że moja Mama mogła nam towarzyszyć, a Matt przespać. Na korytarzu wsparta za rękę z Mamą, zaczęłam chodzić, wyciągając nogi przed siebie i robiąc siedmiomilowe kroki, potem miedzy skurczami wsparta z dwóch stron przez doulę i Mamę robiłam głębokie przysiady pod ścianą, a podczas skurczy stałam przy ścianie dreptajac w miejscu. Po dwóch i pół godzinie mieliśmy dobre wieści, osiągnęłam 6cm rozwarcia i mogę przejść z punktu przyjęć do birth suite!

Jeszcze w punkcie przyjęć przyszła przywitać się ze mną położna i razem, zabierając przy okazji z poczekalni moją Mamę, przeszliśmy do części szpitalu z pokojami porodowymi.

C.D.N.

03:55, alexxela78
Link Komentarze (5) »
środa, 11 kwietnia 2012
Przerob jest
Moj chlopczyk spi wlasnie jak anioleczek, wiec mam chwilke :)

Ostatnio dzien zaczynam od poludnia, bo  poranna drzemke biore razem z Mlodym. Przez dwie ostatnie dni Maly malo spi w ciagu dnia, robi krotkie drzemki, nie moze zasnac na dluzej i lepiej spi w ciagu nocy. Budzi sie zazwyczaj co trzy godziny na papu, odbeknie, zmienie mu pieluche i ladnie zasypia, wiec w takim systemie ostatnio zyje, dwu i pol godzinnym.

Zauwazylam, ze sie nie budzi kiedy ma mokro, albo jak kupe zwali wybiera spanie, ja wybieram spanie ponad jedzenie, wiec ostatnio zaczynam dzien od obiadu, czyli poznego lanczu.

Chlopczyk zdecydowanie jest malutki, drobniutki, po przyjezdzie ze szpitala okazalo sie, ze pare ubranek w noworodkowym rozmairze ktore mam sa wciaz lekko za duze na niego, nie wspominajac, ze w rozmiarze 0-3 sie topi.

W weekend skonczyly mi sie pieluszki dla noworodkow bo jak wrocilismy ze szpitala to nastapila produkcja kupy, a wczesniej w szpitalu na pytanie pielegniarki po kazdym karmieniu czy cos bylo, zazwyczaj odpowiadalam, ze nie, a teraz wow! dacet naprawde ma szybki przerob ;)
A, ze nie kupilam nowej paczki pampersow dla noworodkow, zaczelam uzywac jedynek, ktore sa wielgachne dla niego! Zakladam mu je zawijajac pod caly pas obrazka wiec z przodu ma pieluche podwojnie i jakos lecimy.

Juz myslalam, ze proces luszczenia skory mamy za soba, ale nie wciaz zlazi mu skora platami.

Sorry za brak polskich literek, jest dziewiata wieczor, a ja padam, wiec do nastepnej notki, ide spac.
03:00, alexxela78
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 kwietnia 2012
Arthur Joseph
urodzil sie w piatek 30 Marca o godzinie 1.10 po poludniu. Mierzyl 7 lbs i 1oz, czyli 3219 gramow, i mierzyl 20 in, czyli 50.8 cm.
Przywital ten swiat bardzo glosnym wrzaskiem i z tego co pamietam szybko sie nie uspokoil ;) Parlam z zamnknietymi oczami, bo tak mi bylo latwiej sie skoncentrowac na bolu, pamietam jak sie rodzil, jak juz wychodzil, polozna powiedziala do mnie, ze mam oczy otworzyc, bo wychodzi. Polozyli mi go na piersi taka slodkiego, placzacego. Pamietam, ze powtarzalam, ze jest zdrowy i ze taki kochany.

Porod sprobuje podsumowac innym razem, powiem tylko, ze w 99% bylo tak jak chcialam, naturalnie w 100%, dumna jestem, ze dalam rade.

Na deser zdjecie Mlodego, a przed podziekowania dla Monstermamy, mojej siostry,  za przedstawienie Arturka i dobre dla Was wiesci!

Oto dlugo oczekiwany, moj wymarzony chlopczyk, nie moge uwierzyc, ze jest MOJ:




04:09, alexxela78
Link Komentarze (15) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58