RSS
niedziela, 18 września 2011
filmowy tydzien
W poniedziałek byliśmy na przed premierowym pokazie "I don't know how she does it". Postaliśmy z dobre piętnaście minut w kolejce, bo oprocz nas  było jeszcze wiele osób z wejsciówkami. Przypomniały mi się studenckie czasy kiedy to się wyczekiwało pod kinami z czasopismem "Film", który trzeba było w kasie kina pokazać aby dostać bilety na dany seans. Fajne to były czasy. Wiele filmów tak właśnie pooglądałam.
Ale wracając do poniedziałku i kolejki, umówiliśmy się, że ja biegnę rezerwować miejsca dla nas, a Matt kupuje popkorn i załatwia inne 'sprawy', a potem się zmieniamy. Pierwszy raz siedzielismy w ostatnim rzędzie ;)

Film opowiada o żonglowaniu czasem pomiędzy ukochaną pracą, która wymaga ciągłych podróży, a domem, mężem, dziećmi i ich szkołą i ogólnym życiem rodzinnym. Chęć bycia super pracownikiem i super mamą, jak sami wiemy nie do końca możliwe, ale ogólnie głównej bohaterce się udaje i na koniec robi kompromisy. Matt chętnie widziałby w tym filmie rodzinę, która żyje na średnim poziomie, może taką matkę, która zamiast być analitykiem finansowym pracuje w fabryce, ale moim zdaniem nie chodziło tu oto ile mamy pieniędzy, tylko jak to wszystko połączyć i żeby wszyscy na koniec byli szczęśliwi. Jak to kobiety układają sobie listę "to do" zamiast spać, jak to jest fajnie jak się dostaje email o przyniesieniu ciasta do szkoły córki, czy syna ( w tym przypadku córki) kiedy to akurat wróciło się z podróży służbowej i jest późno wieczorem, a chcemy być super matką. Z moich doświadczeń, im mniej czasu mamy, tym bardziej umiemy się zoorganizować. Przynajmniej ja taka byłam jak miałam szkolę :)
Film polecam, można się pośmiać!

Po filmie, byliśmy bardzo głodni, było poźno, po długim dniu w pracy, mi nogi odpadały bo w tym dniu przeszłam dużo mil, więc wybraliśmy restaurację niedaleko, której menu pobierznie przejrzałam przed wejściem, pomyślałam, że zawsze coś wegetariańskiego znajdę i zupełnie nie rzuciło mi się w oczy, że zaczął się restauracyjny tydzień. Restauracje, które biorą udział w tym przedsięwzieciu przygotowywują specjalne menu, ale mini menu jak do testowania i wystawiają ogólną cenę za wszystko. Zatem myśmy mieli do wyboru po dwie przystawki, dwa dania główne i jeden deser za 'jedyne' $35. Na dzień dobry posadzili nas przy ala barowym stole przylegającym do kuchni, miejsce super bo mogłam sobie podglądać wszystkich kucharzyków pracujących nad daniami. I choć liczyliśmy na kolację i rozmowy w cichym miejscu, w końcu poniedziałek wieczorem, to i tak mieliśmy udany wieczór.

Matt się nabijał ze mnie, bo nie rozumiałam menu, w pewnym momencie pomyślałam, że jest po hiszpansku, ale było po angielsku, ale potem odkryłam co chce. Porcje malutkie, więc oczywiście myśl przemknęła mi przez główę jak my się tym wszystkim najemy, ale po drugiej przystawce, która była pyszną zielona sałatką, miałam dosyć, a jeszcze czekały na mnie dwa dania główne i deser!, które wziełam do domku. W sumie mało różnorodności dla wegetarianina, pewnie pierwszy i ostatni raz w tej restauracji, choć w czasopismie o Filadelfii opisywali, że serwują pyszne naleśniki, więc może na jakieś śniadanie kiedyś, choć nie bywamy już w tej części miasta o śniadaniowej porze.

Wyszłam z restauracji obiedzona, a jeszcze po drodze spotkaliśmy znajomych, więc jak się w końcu doturlaliśmy do domku to padłam.

W środe znowu znalazłam się w okolicach starego miasta i kin studyjnych, więc się wybrałam na "Sarah's key" przepiękna i bardzo smutna opowieść o Żydowskiej dziewczynce i dziennikarce. Film dobry. Polecam przeczytać najpierw książkę, a potem poogladać film.


04:15, alexxela78
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 września 2011
wrzesniowa pora
Jak milo w koncu zobaczyc slonce za oknem! Choc szkoda, ze powietrze wciaz duszne. Myslalam, ze deszcze przyniosa i zostawia swiezosc, no coz, wole slonce niz deszcz, ktory w ostatnich miesiacach mamy zdecydowanie za duzo. Wspolczuje ludziom mieszkajacym blisko rzeki, ktora dwa razy wylala w przeciagu dwoch tygodni. My za to zaoszczedzilismy na podlewaniu.

Dzisiaj jakos naszlo mnie na zupe grzybowa, a ze mam zapasy grzybkow suszonych, zrobilam prawdziwa grzybowa z kluseczkami, pychota!

Wczoraj wygralam dwie wejsciowki na film " I don't know how she does it" i z braku kolezanek ide z Mattem ;) Nakrecili rowniez film na podstawie ksiazki, "Sarah's key", smutna, ale piekna, wiec rowniez chce sie wybrac, moze uda mi sie w srode.

Ciesze sie, ze juz wrzesien, lubie jesien, no i wglada na to, ze bedzie sie tez duzo dzialo. A to tesciowie przyjezdzaja do nas w pazdzierniku, a potem na swieto Dziekczynienia, na dluzej, wiec fajnie bedzie. Przyjaciele sie zapowiedzieli, wiec mam nadzieje, ze tym razem dojdzie do spotkania, pare wyjsc wieczornych z innymi przyjaciolmi. Marzy mi sie wyjazd na farme po jablka i buszowanie w kolorowych lisciach, a potem chetnie przeskoczylabym do wiosny, bo cos mi sie wydaje, ze po bardzo deszczowym sierpniu, przyjdzie dluga zima i nie raz zasypie nas sniegiem, a tego za bardzo nie lubie.
21:50, alexxela78
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 września 2011
pożegnania są cieżkie, zwłaszcza dla osób, które zostają
Dwa tygodnie temu (już!) odeszła moja ukochana Babcia. Była niezwykłą kobietą, pełną ciepła i miłości. Troszczyła się i martwiła o każdego członka rodziny. Zawsze chętna do pomocy. Była przebojową osobą, energiczną, uśmiechniętą wewnętrznie i zewnętrznie pomimo ciężkiego życia. Zdecydowanie więcej dawała niż brała. To z nią uczyłam się historii, którą miała w jednym paluszku, francuskiego i to Ona przepytywała mnie z notatek na egzaminy na studiach...Nigdy nie mogła się pogodzić z tym, że wyjechałam tak daleko. I zawsze się pytała czy jestem szcześliwa w tych Stanach. Zawsze jej odpowiadałam, że jestem w połowie, bo jestem daleko od bliskiej mi rodziny. Przeżyła długie życie, były w nim i radości i duże smutki, ale przy boku Dziadzia, miłości jej życia żyła...kiedy Dziadzio umarł, siedem i pół roku temu załamała się, straciła tą chęć do życia...żyła, ale bardzo tęskniła.

Rok temu wyciągnęłyśmy Ją z Mamą na rynek poznański, na spacerek i lody. I choś ciężko było jej chodzić, dała radę. Pamieć ją uszukiwała, bardzo ją to denerwowało. W grudniu przyszedł wylew, który spowodował problemy z mówieniem. Słabła z dnia na dzień, bo ciężko jej było jeść. Kiedy zobaczyłam Ją w maju...łzy cisnęły mi się do oczu...ciężko było jej mówić, jeść. Widziałam, w jej oczach cheć odejścia, o którym często mowiła. Brak walki oto życie. Żegnała się z nami parę razy, miałam uczucie, że chce odejść kiedy ja tam byłam, ale Bóg miał inne plany. Cieszyła się, że przyjechałam. I ja się cieszyłam, że mogłam Ją jeszcze utulić, popatrzeć na nią, pomóc przy codziennych sprawach. Było to powolne zrozumienie, ze to ostatnie dni z nią. Przygotowanie do pożegnania. I choć ciesze się, że już się nie męczy i jest w lepszym miejscu z mężem i córką u boku i dalszą rodziną, to jest mi tak ciężko się z tym pogodzić. Tak ciężko jest mi się z nią pożegnać.

W moim sercu, zawsze będzie taka radosna:


02:41, alexxela78
Link Komentarze (6) »