RSS
piątek, 25 maja 2012
zielono mi
Od kiedy zostalam mama zaczelam odkrywac zielone przestrzenie dookola naszego domku. Na pierwsze spacerki zabieralysmy Arturka do pobliskiego malutkiego parczku, najpierw razem, potem puscilam moja Mame raz sama i przezylam ( ja, nie mama), potem wraz z przyrostem energii wybralysmy sie do parku, ktory miesci sie troche dalej od nas, wiec robi sie naprawde dlugi spacer. Bylam zdziwiona, ze takie fajne miejsce mamy niedaleko nas. Z paroma stawkami, i mnostwem sciezek. Minusem parku jest to, ze podczas weekendu jest on bardzo glosny. Pelno ludzi przyjezdza i robi sobie pikniki, urzadza imprezy, griluja sobie, dzieci lataja, muzyka na full, motory na okolo jezdza. Minusem amerykanskich parkow jest to, ze mozna do nich dojechac bardzo blisko z kazdej strony. Ten park mozna objechac dookola, a ze miesci sie niedaleko stadionow, to wiekszosc osob idacych/przyjezdzajacych na mecz parkuje wlasnie w nim i imprezuja sobie wlasnie tam, wiec z jednej strony fajnie, a z drugiej jak dla mnie za glosno.



Tydzien temu pojechalismy do Valley Forge, park przeogromny oddalony od Filadelfii o okolo 30 min, ( oczywiscie zalezy od korkow na autostradzie), niedaleko tego parku mieszkalam kiedys, ale od ostatniego razu w nim minelo siedem lat! Minusem parku jest to, ze kolo drogi dla pieszych, jest droga dla samochodow, wiec nie do konca swieze powietrze, ale przestrzeni do chodzenia duzo i widoczki piekne.
Przed wyjazdem studiowalam skladanie wozku, potem udalo nam sie zmiescic wozek w samochodzie, wiec troche potu by pozniej rozkoszowac sie widokami, ale Mlody nie dal nam poczytac na swiezym powietrzu, zdecydowanie facet nalezy do tych, ktorzy budza sie od razu kiedy przestaje sie jechac wozkiem. Oj tak wrazliwy egzemplarz mi sie trafil ;))
Pochodzilysmy, pogadalysmy, poodychalysmy innym powietrzem i wracajac z parku przebiegl nam droge malutki lisek. Pierwszy raz widzialam lisa!





Podpytalam moja znajoma, rowniez matke o parki w okolicy i wybralismy sie do kolejnego wlasnie wczoraj Oddalony mniej wiecej o 30 min, ale w inna strone i jak na razie jest na miejscu pierwszym. Wielkie jezioro, tak wielkie, ze nie da sie obejsc, piekny las dookola z pieknymi drzewami, przestrzen, plac zabaw w cieniu, miejsca do pikniku, laweczki i cicho. Byli ludzie, biegacze i rowerzysci i z psami, ale bylo cicho i spokojnie. Pochodzilismy, byly posilki pod 'grusza' choc czulam, ze Artur nie moze sie skupic na nich, udalo sie nam troche poczytac. Najlepiej mu sie je w domku, a na 'wyjezdzie'. Choc myslalam, ze jest jeszcze za maly na rozpraszanie sie, no coz mylilam sie.



W jednym i w drugim nie czulabym sie dobrze sama, ale we dwie dobrze nam sie chodzilo i nad jeziorkiem siedzialo ;)

Na liscie mamy jeszcze dwa parki do zobaczenia i jeden ogrod ( Longwood Gardens), do ktorego sie chyba jutro wybierzemy.

Poza parkami wyciagalysmy malego na zakupy do Wegmana i robila sie z tego prawie calo dniowa wyprawa. Mlody 'zwiedzal' sklep w nosidelku spiac, biedny zapocony, ale wyspany, potem w samochodzie, gdzie razilo go slonce. A propo slonca, czy ktos moze mi polecic 'cos' na tylnia szybe, bo niedlugo Arturek bedzie podrozowal sam na tylnim siedzeniu, bo teraz Babcia zaslania mu slonce padajace mu na twarz.
Dzisiaj wiec do sklepu wybralam sie sama, nie byl to zaplanowany wyjazd i za malo mleka zostawilam ale dziecko przezylo, a matka szybko sklep obrocila, ale potem trafila na korek i klnela pod nosem, ze szybciej do domu nie moze dojechac.
05:14, alexxela78
Link Komentarze (7) »
wtorek, 22 maja 2012
Jak rodziłam mojego syna, czyli zapiski porodu dla odważnych. Część trzecia i ostatnia.
No dobra, dziecię skończyło siedem tygodni! pora więc zakończyć moją szpitalną opowieść ;)

...Arturek leży mi na piersi przez długi czas, nasza doula pomaga mi przystawić go do piersi, którą Mały najpierw przez długi czas liże i smakuje, a na koniec się zassysa, ale ogólnie leży taki zmęczony, a ja? Ja się nie mogę nadziwić, że jest już z nami.

Za jakiś czas żegna się z nami doula, dziękuje jej za całą pomoc. Kiedy wychodzi  czuje, że energia ze mnie wyleciała, jestem ledwo żywa. Matt jedzie z Młodym na kąpiel na górę, a pielęgniarka pyta się mnie, czy chcę wziąć prysznic, na który chętnie przystaje, wiedząc, że poczuję się lepiej. Z tego co Mamusia mówi, to podobno pielęgniarka się zdziwiła, że pomimo takiego wysiłku jaki przeszłam mam siły aby wstać i iść się umyć. Pomaga mi razem z Mamusią powoli zejść z łóżka, rozbiera mnie i idę pod prysznic, Mamusia pomaga mi się umyć, potem dostaję jednorazowe majty i wielgachny wkład podpaskowy i kiedy jestem gotowa pielęgniarka przywozi wózek i mówi mi, że zaraz przyjdzie eskort  aby zabrać mnie  na gore, na piate pietro do pokoju, więc jeszcze mam siłę zadzwonić do Matta, że zabieramy ze sobą te najważniejsze rzeczy, a po resztę musi wrócić On sam, bo ja już muszę opuścić pokój porodowy. Pielęgniarka pomaga mi usiąść na wózku i zabierają mnie na górę.

Leżąc juz na łóżku w pokoju poporodowym ( cały dla nas ) mam jeszcze energię, aby zadzwonić do Taty, ale rozmawiając z nim czuję, że odpływam, więc słabiutkim głosikiem mówię mu nowinę, a potem przekazuję telefon Mamie.

Czuję się jakby mnie pociąg potrącił, ledwo żywa i zamiast wykorzystać sytuację, że jest i Matt i moja Mama i zapaść w sen to gadam, a potem nie mogę się nadziwić, że Torbiniątko jest już z nami i że jestem już po porodzie.  Pamiętam, że bardzo się cieszyłam, że jest już po ;)

W międzyczasie przychodzi pielęgniarka  i opowiada ważne rzeczy co i jak, teraz już wszystkiego nie pamiętam bo nie mogłam się skupić i wtedy pomyślałam sobie, że takie gadki powinny zostawić na dzień następny, bo do człowieka wiele spraw nie dochodzi i nie ma sił gadać, bo w końcu dopiero rodził, a ja jeszcze nie spałam całą noc. Z tego co zapamiętałam, to  pytała się, czy chcę szczepić na żółtaczkę, czy Arturek będzie obrzezany i omawiała jakie badania będą mu przeprowadzać, a następnie podrzuca do mojej łazienki torbę z 'rzeczami osobistymi', prezent dla mnie, czyli wielkie podpaski, jednorazowe majtki, niebieskie wkładki, zimne kompresy i kompresy z wyciągiem z kasztanowca i spraje, które mają mi pomóc na moje rany. Za każdym razem jak wstaję z łóżka, czuje, że  leje się ze mnie i że nie mogę tego kontrolować, dziwne uczucie. Przed wyjściem Mamusia pomaga mi z wymianą, a potem pielęgniarka. Leje się ze mnie kiedy zmieniam pozycję i to zmęczenie materiału, czyli mojego ciała. Całe szczęście, że do worka nie dorzucają lusterek, bo jakbym popatrzyła na te moje rany pewnie dostałabym zawału serca. A tak popatrzyłam dopiero w poniedzialek i byłam w szoku, choć na pewno było o wiele lepiej.

Odwiedziny są w godzinach od 9 do 9 wieczorem, moi wychodzą wcześniej, w końcu też zmęczeni, za bardzo nie spaliśmy. Ja chyba wogóle. Maleństwo ze mną w pokoiku. Nocna pielegniarka terroryzuje mnie i każe mi przystywiać Małego co trzy godziny i ustawić sobie zegarek na budzenie, Młody spędza większą część nocy na mojej piersi, na obu piersiach, a ja czuwam choć tak bardzo mi się chce spać, ale boję się zasnąć z Małym w obięciach. Ciężko mi wstać, nie wiedziałam, że te łóżeczka szpitalne są takie wysokie, więc muszę wstać z łóżka, żeby go położyć, ale za każdym razem jak go kładę, po paru minutach On się budzi i zaczyna płakać, uspokaja się zaraz jak go kładę na swoją klatkę piersiową, więc tak pomiedzy karmieniem, a przychodzącą co parę godzin pielegniarką doczekujemy rana, w końcu Młody zasypia w swoim łóżeczku, żeby zaraz być obudzonym i zabranym na poranne badania. Po godzinie wraca, potem przynoszą mi śniadanie, w miedzyczasie przychodzą też moi aby mi pomóc w prysznicu, a potem przychodzi laktatorka zobaczyć jak sobie daję radę. Doradza jak ma się Mały zassać, ale Młody ma problemy, więc najpierw przywozi mi pompkę elektryczną, a potem postanawia, że dobrym pomysłem by było wprowadzenie kapturka. Co poźniej okazuje się, że nie było to dobrym pomysłem bo się kapturków nie powinno wprowadzać noworodkom. Zamiast więc dać przyrodzie czas, poszła po najniższej linii. Z kapturkiem udało się nam na dobre pożegnac chyba w trzecim tygodniu życia, ale był to frustrujący proces, dobrze że już za nami.  Po laktatorce przychodzi  pediatra naszego i okazuje się,  że wyniki Arturka nie są dobre i że to że podczas porodu dostałam tylko jedną dawkę antybiotyku na mojego paciorkowca i to było za mało, postanawiają powtórzyć badania. Przychodzi też lekarka z NIKU. Na rezultaty czekamy jak na szpilkach, niestety wyniki nie są dobre, zapada decyzja, że muszą zabrać Młodego do NIKU na obserwację. Mi emocje się przyplatają, jest mi go tak żal, jest mi okropnie smutno i jak pielęgniarka przychodzi aby go zabrać na dół oddaję Go ze łzami w oczach. Informują mnie przy okazji, że mogę przyjść na karmienie, że zadzwonią do mnie jak będzie gotowy. Po wyjściu orszaku, płaczę za dużo emocji szaleje w moim ciele. Dzwonią po jakimś czasie i idę na karmienie razem z Mamą. Jak go widzę w łóżeczku to też łzy mam w oczach, nie jest taki malutki jak inne dookoła niego maluszki, ale sama wiedza, że tu jest przeraża. Dają mi wygodny fotel, poduchę do karmienia i dobrze jest znowu trzymać Go w ramionach, wracam tam jeszcze raz już sama wieczorem podczas którego okazuję się, że jeden z wynikow jest dobry, więc Mały może wrócić na górę do mnie, i na antybiotyk będzie dostawał  już na moim pietrze. Mały wraca przed dziesiątą i od tej pory do prawie czwartej rano jest u mnie na klatce piersiowej jedząc co chwilę a to z jednej piersi, a to z drugiej. I tuląc sie do mnie.  A ja myślę, że jak dobrze jest mieć Go z powrotem, tylko że padnięta jestem. Pielęgniarka proponuje wzięcie Go do nursery, ale ja odmawiam, bo źle bym się z tym czuła. Rano biorą Go na badania i na antybiotyk, potem wraca do mnie. W niedzielę okazuje się, że mnie wypisują, a Młody musi zostać prawdopodobnie do poniedziałku, ale lekarze nie są pewni. Matt chce bym wróciła do domku i się wyspała, ja nalegam aby zostać w szpitalu, gdzie okazuje się, że mogę spać  dwu pokojowym pokoju ale bez opieki medycznej i tak postanawiam, bo chcę karmic Młodego i być blisko niego. Młody nie może być ze mną w pokoju, ale i tak bliżej jestem niż jakbym była w domku.

Zostaję z Małym do około szóstej po południu w swoim pokoju, a potem pielęgniarka donosi mi, że już czas aby się przeprowadzić do drugiego pokoju i pyta się mnie, którą połówkę pokoju chcę, wybieram tą przy oknie ;), przeprowadzają mnie do niego i w momencie przeprowadzki do nowego pokoju z Maluszkiem okazuje się, że moją współ lokatorką jest dziewczyna, z którą chodziłam na zajęcia przygotowywujące nas do porodu naturalnego, jaki zbieg okoliczności! na dodatek jest również pacjentką tej samej lekarki co i ja, również rodziła z położną, prawdopodobnie z tą samą położną, a jej syn urodził się o pierwszej rano! Była w bardzo podobnej sytuacji co ja, ale niestety musiała zostać dłużej w szpitalu.  Maluszki zabrano nam do 'nursery' i wołali nas na karmienie, czasem ledwo co położyłyśmy się do łóżka, a tu odzywała się pielegniarka, że 'Mrs. Torbin, your baby is hungry', więc zrywałam się z łóżka i pędziłam do nursery na karmienie mojego kochanego Maluszka. Ciężko było, że nie miałam Go przy sobie, że musiał być z innymi maluszkami i spać w bardzo oświetlonym pomieszczeniu, ale w praktyce byłam częściej przy nim, niż w łóżku śpiąc. Pamiętam, że zawsze pod koniec karmienia. kiedy oddawałam Arturka z powrotem, pielęgniarki pytały się, czy pieluszka była mokra, a ja w większości sytuacji odpowiadałam, że nie, a potem wróciliśmy do domku i zaczęła się produkcja pełną parą ;)).

W poniedziałek od rana czekaliśmy  na wyniki, które przyszły lepsze, ale na ostateczną decyzję musieliśmy czekać do piatej po poludniu. Pediatra z NIKU,  ktory badał Mlodego mówił nam, że prawdopodobnie uda się nam wyjść wieczorem, bo Młody ładnie wygląda, i w sumie czekaliśmy na ostateczne wyniki testow. Po piątej dostaliśmy dobre wieści, że możemy iść do domku, och kamień z serca mi spadł i byłam bardzo podekscytowana tą wiadomością, że mogę ubrać Arturka w rzeczy i wziąć go do domciu, że pobyt w szpitalu dobiegł końca. Wypis i ubieranie zajęło nam następną godzinę, dostaliśmy wyprawkę dla Arturka i odprowadzeni pod samochód. I tak nowy rozdział w naszym życiu został rozpoczęty :)

Ogólne wrażenia ze szpitala mam bardzo pozytywne, bardzo miłe pielęgniarki i te opiekujące się mną i te opiekujące się Młodym. Wspaniali ludzie w NIKU, bardzo miło i serdecznie.

Nie mogę tylko uwierzyć w to, że za parę dni mój maleńki chłopczyk kończy dwa miesiące!! Kiedy to zleciało? Rośnie i ślicznie się rozwija. Robi się coraz dłuższy i grubiutki, choć wciąż trzyma linię, haha ;)


21:03, alexxela78
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 maja 2012
dlugo oczekiwany
Wczoraj po pieciu tygodniach przyszedl dlugo oczekiwany przeze mnie rachunek za moj porod.

Mam zaplacic tyle ile powiedziala mi babka z ubezpieczalni kiedy dzwonilam do niej bedac jeszcze w ciazy, ale nie moglam sie doczekac tej zakreconej sumy, przed ubezpieczeniem, o ktorej pisaly inne matki.

A wiec donosze, ze w szpitalu w Filadelfii, za porod naturalny, w tym dwie noce rachunek wynosi 14, 859 tys dolarow, niezle co?

Rachunek nie przyszedl szczegolowy, mam wiec w planach telefon do nich co by przeslali mi szczegoly na co poszla ta suma ;) bo ciekawa jestem.
03:27, alexxela78
Link Komentarze (12) »