RSS
środa, 25 maja 2011
bałagan i brak papierów
Poznałam dzisiaj Polke, która pracuje w Filadelfii, a mieszka nad oceanem. Fajnie się rozmawiało i na pewno się jeszcze spotkamy. Może ta znajomość rozwinie się w coś, a może nie. Szczerze to nie mam szczęścia do fajnych Polek w Filadelfii. Jak się już z jakąś zaprzyjaznię to się ten związek babski rozlatuje z różnych dziwnych powodów. Tak to było z ostatnią znajomością, po prostu po jakimś czasie wygasła chęć wspólnych rozmów. Pewnie głównym powodem z mojej strony było to, że poczułam się pewnego dnia, że mam osobistego stalker'a, który śledzi każdy mój ruch i wypytuje o wszystko. Bardzo dziwne uczucie.
Ale nie o tym miało być. B. jest tutaj bez papierów i tak sobie pomyśłam, że ja bym tak nie umiałam żyć. Bez możliwości kupienia biletu i pojechania do Polski? Nie. nie umiałabym.
Teraz ciężko żyć, z dala od rodziny, a tak samej tu być i jeszcze bez papierów? Podziwiam.


Poza tym mam dosyć tego bałaganu w domu. Pierwszy raz jest tak brudno, sprzątanie jest syzyfową pracą, bo na drugi dzień od początku brud i pył. Tracę powoli cierpliwość i chcę mieć dom z powrotem. Czysty! W sobotę malowanie dołu. A jednak tylko dół, a reszta innym razem. No i koniec miał być dzisiaj, ale widzę, że nie jest. Mam nadzieję, że jutro będzie co bym mogła wykorzystać dni wolne na sprzątanie i wprowadzkę do łazienki.

Poza tym bolą mnie kolana, już od dawna skrzypią jak zginam, ale teraz doszedł ból, nie wiem czy nadwyrężyłam, ale gdzie? chodzeniem?

Zamówiłam dzisiaj owoce z farmy organicznej, co tydzień przez całe lato będziemy mogli rozkoszować nasze podniebienia pyszniutkimi i prosto z krzaka owocami. Ich truskawki są słodkie, soczyste i pachną słońcem, przypomniały mi dzieciństwo.
00:12, alexxela78
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 23 maja 2011
Rocznica
Z okazji naszej miedzianej rocznicy w sobote rano zostalam porwana przez Matta.

Ale od poczatku. W piatek Matt mi zakomunikowal, ze ma dla mnie niespodzianke i ze pierwszy clue dostane jak wroce w piatek do domu. Kiedy w koncu dotarlam do domciu, po bardzo dlugim dniu, Matt z tajemnicza mina powiedzial mi, ze mam znalezc pierwsze clue, i ze mi podpowie, ze jest na gorze. Szybko znalazlam ( jakie to byly, to wklepie pozniej) pierwsze, a potem po nitce do klebka znalazlam wszystkie trzy. Matt powiedzial mi rowniez, ze mam sie ladnie ubrac. Troche sie domyslalam, gdzie i co robimy, ale Matt mial krecil zaciecie glowa i mowil, ze nie moze mi powiedziec, i ze to niespodzianka. Rano w sobote, zwiazku z tym, ze wanna wciaz schnela i nie moglismy sie umyc, pojechalismy na silownie. Wiec prysznic na silowni mam odfajkowany ;)
Po prysznicu do domciu, zeby sie przygotowac na przygode, a potem do metra, Matt, mysle, ze  mial ubaw po pachy, obserwujac moja mine, bo w koncu nie wiedzialam, gdzie dokladnie wysiadamy, wiec jak juz wysiedlismy to juz sie domyslilam, ze pewnie teraz sie przesiadziemy na pociag, co tez uczynilismy. Dobrnelismy jednym pociagiem do glownej stacji, a stamtad pojechalismy do Nowego Jorku. A w Nowym Jorku tlumy. Dawno nie widzialam takich tlumow. U nas sa takie jak sie cos dzieje, a tu, jak jestes na tyle wysoka, ze mozesz widziec chodnik przed soba to widzisz ruszajacy sie dywan. I zaczyna sie przeciskanie. Nie mozesz isc normalnie, musisz sie przeciskac. Co chwila ktos cie popycha. Pomyslalam sobie jak dobrze, ze ja tutaj nie mieszkam. Times Square bylo oblezone. A moje nogi prosily o przerwe w obcasach, wiec polecielismy do sklepiku na trasie i w miedzyczasie wybiernia klapeczek poznalismy Polke, swiat jest maly co nie? pogawedzilismy, kupilismy klapeczki i dalej w droge. Stanelismy pod teatrem i moje domysly sie sprawdzily! Matt kupil bilety na Chicago! Super! O ironio, kiedy po raz pierwszy wyszedl na ekrany film Chicago, ogladalam go w Nowym Jorku z moja przyjaciolka :)

Sztuka bardzo mi sie podobala. Najlepsze bylo to, ze  piosenka Mr. Cellophane ma fragment o byciu malzenstwem przez siedem lat!

Po sztuce, pochodzilismy troche, ale bylam zmeczona tymi tlumami i glodni bylismy, wiec po dluzszym spacerku znalezlismy fajne miejsce, znane nam i lubiane. Zaspokolilismy glod, a jak wyszlismy na zewnatrz zobaczylismy, ze leje. Szok, takie slonce i cieplo, az tu nagle bez zapowiedzi deszcz. Postalismy troche pod restauracja, a potem pedem do jakiegos sklepiku po parasolke. Troche pochodzilismy w tym deszczu, a jak juz zdecydowalismy sie na powrot na stacje przestalo padac. A drodze powrotnej zepsul sie pociag, chyba przyciagamy nieszczescia lokomocyjne, bo juz dwa razy mielismy problemy z samolotem, raz juz byl problem z pociagiem, a teraz znowu. Najpierw probowali naprawic, wiec siedzielismy godzine bez swiatla i nawiewu i smielismy sie, ze pewnie teraz jest koniec swiata, chyba po godzinie przyjechal inny pociag i nas przetransportowano do niego. Miejsc wolnych za duzo nie bylo i po przejsciu calego pociagu musielismy stac do konca naszej podrozy. Zwazywszy na to, ze bilet na ten pociag nie nalezal do tanich to nie bylo to mile zakonczenie podrozy :( A w domu bylismy dwie godziny po czasie. Zmeczeni szalona podroza.

A wczoraj, w dzien rocznicy nasza ulica miala nalot policjantow bo schizofrenik znowu przestal brac leki i grozil, ze sasiadow wystrzeli. Zal mi tych ludzi, ktorzy mieszkaja sciana w sciane z nim. Zyja pewnie jak na szpilkach, bo facet szaleje bez lekow. Smutne. A jak juz go zabrali to pojechalismy szukac lustra do lazienki. Z marnym skutkiem, wyladowalismy w ikea i kupilismy nie dokladnie taich wymiarow jakie chcielismy ale cena nie przebije niczego. Na razie bedzie takie bo mam juz dosyc szukania idealnego. Podobno koniec lazienki ma nastapic jutro.
20:53, alexxela78
Link Komentarze (3) »
05/05/2011
Sniadanko bylo wliczone w nasz nocleg, wiec skorzystalismy ;)
A po nim doszlismy do przystanku tramwaju, ktory wraz z grupa chlopakow z Austrii wspial sie na wyzyny i pomknal przez siebie.


Podziwialismy widoki, ktore rozposcieraly sie przed nami, wiatr wial nam we wlosy. Rzeskie powietrze. Tesknie za nim.


 Tramwajem dojechlismy do konca, a potem spacerkiem z mnostwem czasu w zapasie przeszlismy do zatoki. Prosto do rybnego targu, a stamtad to miejsca skad lodzie wyplywaja do Alcatraz.



Juz w tramwaju zauwazylam, ze niezbyt przemyslalam moj ubior, spodnica i lekki sweterek nie byly dobrym wyborem. Wialo i zimniej bylo niz w dniu poprzednim. Poogladalismy sobie lodzie, zatoke i jak nadszedl na nas czas stanelismy w kolejce, za para z Nowej Zelandii, ktorzy na wycieczke po zachodnim wybrzezu wybrali sie sami. Dzieciaki, szosteczka zostala w domu. Opowiadali jak to jedna z ich corek bedzie obchodzila osiemnastke podczas ich pobytu tutaj. Opowiadali, ze wiedza ze wszystko bedzie dobrze z domem, bo ich starsze dzieci mieszkaja niedaleko i dopilnuja tego.
Przed wejsciem na lodz zrobiono nam pamiatkowe zdjecie, btw kto w swiecie super aparatow cyfrowych kupuje takie zdjecia? a potem na lodz. Na lodzi mocno wialo, wiec wstajac porobic zdjecia musialam jedna reka przytrzymywac moja spodnice ( czasem Matt mi pomagal ;), co by okoliczni ludzie nie zaczeli mi robic zdjec ;)



No i zimno bylo. Szczerze, bardzo zimno. Ale skupialam sie na widoczkach wysp, mostow. Oj piekna przyroda.



Po doplynieciu wyszlismy na wyspe i jeszcze przed zaczeciem zwiedzania musielismy wysluchac co mozemy robic, a czego nie. I poszlismy zwiedzac okolice. Wkleje zdjecia niebawem, dzieki ktorym bedziecie mogli zobaczyc jaki piekny widok rozciaga sie z wyspy na kazda strone i jakie zimne bylo to wiezienie. Dzieki tasmom nagranych na kasete mielismy mozliwosc posluchac o wszystkich szczegolikach Alcatraz. Bardzo interesujaca historia.











Z jednej strony wyspy byl przesliczny widok na cale San Francisco. Mozna bylo dokladnie zobaczyc wijace sie gorzyste uliczki, piekne. W tym wlasnie miejscu wial tak silny wiatr, ze zdjec wlasnymi raczkami robic nie moglam, dlaczego? bo trzymalam spodnice ;) i trzeslam sie z zimna.


 Dlatego jak sie wybieracie do Alcatraz polecam spodnie i ciepla bluze i wygodne buty. Ogolnie do chodzenia po San Francisco polecam dobre, wygodne buty. W drodze powrotnej stanelismy na tylach lodzi i juz tak bardzo nie wialo. Robilismy zdjecia i ogladalismy spieniona wode.






bardzo stroma uliczka z przepieknym, jak widac. widokiem na zatoke.

W drodze powrotnej przeszlismy sie po zatoce, poogladalismy male sklepiki i przez Chinatown, gdzie weszlismy do sklepu z zielona herbata i mielismy jej degustacje, i kupilismy jej troche wrocilismy zmeczeni do hotelu.

 Ja od razu wskoczylam pod goracy prysznic i potem w odziani w cieplejsze rzeczy wyskoczylismy na miasto w celu poszukania jakiejs dobrej knajpki.

Zawedrowalismy do apple store, Matt uwielbia tam zagladac i dobrze, bo zagadalam z dwoma babkami, ktore nam polecily pare restauracyjek w poblizu, a jak sie dowiedzialy, ze to nasza ostatnia noc w tym pieknym miescie to powiedzialy nam, zebysmy sie pojechali do mission street, ktora jest glowna ulica w dzielnicy meksykanskiej, a na ktorej jest bardzo duzo dobrych restauracyjek. Opowiedzialy nam jak mamy sie tam dostac, i na ktorym przystanku metra wysiasc i tak zobaczylismy inna czesc, zdecydowanie nie turystyczna czesc San Francisco. A ze akurat byl to dzien cinco de mayo ( swieto niepodleglosci) to byly kolejki w restauracjach. Znalezlismy jedna, ktora sie nam sposobala zostawilismy swoje namiary, godzina czekania i poszlismy dalej zwiedzac. Kobiety w apple store uprzedzily w ktora strone mamy isc aby nie dojsc do niebezpiecznej dzielnicy i tak zrobilismy sobie spacerek z 16 ulicy do 24 ulicy i wrocilismy bo nic innego tak fajnie wygladajacego nie  znalezlismy. Nie ma jak godzinny spacerek przed kolacja ;)

Posiedzielismy troche na lawce przed restauracja i za jakis czas zawolali nas naszego miejsca ( stolikiem raczej trudno to nazwac) wydzielonego przy stole  barowym. Zamowilismy jedzonko, ja cos wegetarianskiego, czyli szparagi, fasole czarna, jarmuz, dostalam do tego ciemne placki.



 Zaszalalam z truskawkowa margarita i sobie rozmawialismy, pilismy, jedli. I zauwazylam jaka spokojna ta kolacja, zadnego pospiechu, nie jak u nas w Philly gdzie jak oproznisz szklanke do zaraz sie pytaja czy nalac wiecej, tutaj trzeba bylo poprosic by dostac wiecej. Nie czulam wiec tego pospiechu i bardzo mi to odpowiadalo. A ze po kolacji zamowilismy rabarbarowo-truskawkowy deser, ktory byl tez palce lizac :)
Pogadalismy z nasza kelnerka, powymienialismy poglady pomiedzy wschodem a zachodem, ona nam opowiedziala nam o idei restauracji, stawiaja na swiezosc, ze jedzonko pochodzi z farmy i ze jest organiczne. Pierwszy raz w zyciu jadlam takie pyszne meksykanskie jedzonko.

Z pelnymi brzuszkami przeszlismy sie z powrotem do metra i pojechalismy do domku. Bylo pozno, a metro czyste i bezpieczne. W Philly raczej nie wsiadamy do metra po osmej, bo sie robi nie ciekawie. A tu duzo ludzi...przejechalismy dwa przystanki, przeszlismy spacerkiem, naszym prawie ostatnim, do naszego hoteliku. Spakowalismy sie, przygotowalismy ciuchy na slub, prysznic, nastawilismy budzik, choc w sumie Matt jest budzikiem, zawsze sie budzi o tej samej porze 6.30. Bardzo rzadko spi do siodmej, a osma rano to raz na ruski rok ;)

Na dziewiata rano mielismy zabukowany samochod.
20:19, alexxela78
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 maja 2011
Sobota
Dzięki temu, że fachowcy zrobili sobie weekend wolny to się wyspałam. Choć wciąż ziewam, ale pewnie dlatego, że się dzisiaj rozpadało. Blee. Nie lubię takiej pogody. Ale dzięki deszczowi zostanie zmyty pył z naszych chodników pod oknem, minus remontu, i kwiatowy pył z samochodu, bo czułam ostatnio, że za dużo tego pyłu dookoła. Za bardzo nie mogę jeszcze sprzatąć, bo remont jeszcze trwa, więc wciaż czuję, że żyjemy na walizkach, w sypialni ja. A Matt otworzył i posprzątał gabinet ( generalne porządki po remoncie i malowaniu), więc jest dodatkowa przestrzen do siedzenia. Chętnie bym wyjechała i wróciła na gotowe.
Stan remontu na dzien dzisiejszy? Płytki skonczone, fugą pokryte te przy wannie, ściany pomalowane. Farbę wybrałam w czwartek, a dzisiaj rano, bo jaśniej, nie za bardzo widzę różnicę
pomiędzy farbą sufitową, a na ścianie. Na papierku różnicę widziałam. Ale ładnie jest. Kremowo. Zdecydowanie nie chciałam ciemniejszego koloru, bo pomieszczenie male. Chyba sie znowu mój perfekcjonalizm odzywa bo widzę nie doróbki na ścianie i suficie, a w koncu mieli gładkie powietrznie. I denerwuje mnie to rozciąganie w czasie. Ale mówia, że w tym tygodniu bedzie koniec. W piątek wanna dostanie nowe pokrycie. Jeszcze tylko przesłona na wannę do kupienia ( czy ktoś z was ma taką?) i uchwyty. A potem zacznie się ta super fajna część: dodatki. Ręczniki, maty, kosz i akcesoria. Może będę mieć lepsze natchnienie dekoracyjne jak już wszystko bedzie gotowe? Mam nadzieję.

Sprzątanie. Z jednej strony już nie mogę się doczekać, a z drugiej jak już wspominałam, chciałabym wyjechać i przyjechać na gotowy i lśniący dom.

Aha, czy ktoś ma do pożyczenia maszynkę do robienia pieniędzy? potrzebna od zaraz!  Chętnie bym zamieniła zakurzoną wykładzinę na drewnianą podlogę i kupiła meble do sypialni. Siedem lat mija, a ja jeszcze mebli w sypialni nie mam!


20:36, alexxela78
Link Komentarze (3) »
środa, 11 maja 2011
Złośliwość przedmiotów martwych
Pięć minut temu okazało się, że pan wiatrak w sypialni, nagle bez zapowiedzi odmówił współpracy. Cholera, coś szczęścia ostatnio nie mamy. Sprawdzi go jeszcze jutro pan fachowiec  co by być na 100% pewnym i jak sie potwierdzi  to następny zakup do kupienia. A już $200 jesteśmy w plecy :) super. Coś jeszcze ma ochotę się zepsuć?
23:42, alexxela78
Link Dodaj komentarz »
04/05/2011
Poszliśmy spać o dwunastej, bo pakowaliśmy ostatnie rzeczy i pokrywaliśmy wszystko plastikiem na dole. Wstalismy trzy godziny poźniej, by wziąć ostatni prysznic, zdjąc zasłony prysznicowe, przenieść ręczniki i inne pierdoły, których się nam nie udało przenieść na sam doł do piwnicy. Zapakowaliśmy pościel do worków plastikowych. Na materac kupiłam specjalny ochraniacz, więc na szybko go wsuwalismy. I po czwartej taksówka przyjechała nas odebrac. Na dworze było dziwnie ciepło, ale po odprawie paszportowej zobaczyłam deszcz na szybie i lało jak wylatywaliśmy. Godzinną przesiadke mieliśmy w Minneapolis. Akurat wystarczająco dużo czasu aby przejść z jednej bramki do drugiej, skorzystać z ziemnej toalety. Lot do Minneapolis był prawie pusty, mieliśmy więc dodatkowe miejsce ;)
Do San Jose samolot był już wypchany. Lot przespałam, byłam padnięta. Ocknełam się na tyle wcześnie by po podziwiać przepiękne krajobrazy. San Jose jest położone w dolinie, a dookoła góry. Pierwszy raz widziałam góry z samolotu, ślicznie wygladały. Zobaczyłam San Jose i pierwsza myśl, że jak zielono tam na dole, potem im niżej zlatywaliśmy i im bliżej widziałam miasto, tym wiecej szczegółów wypatrywałam. Jak palmy, albo słodkie domki. Dolecielismy wcześniej niż było w planie. Z tego wynika, że silne wiatry nas pchały. Przywitała nas piękna, słoneczna i ciepła pogoda. Szybko dostaliśmy walizke i dzięki miłej pani w okienku informacyjnym trafilismy na przystanek, skąd mieliśmy wziąć połączenie do najbliższej stacji. Na stacji kupiliśmy bilety na pociąg, na który nie czekaliśmy długo. Pociąg jechał prosto do San Francisco. Droga zajęła nam godzinę. Przy okazji udało się nam poogladać przez wielkie okna pokolei mijane miasteczka. I tak minęła nam podróż, wygłodzeni i zmęczeni podróżą wylądowaliśmy na stacji, skąd wzieliśmy taksówkę do hotelu. Cieszę się, że jednak nie posłuchaliśmy konduktora, który tłumaczył nam, że ten hotel to nie daleko. W hotelu szybko się zameldowaliśmy, zostawiliśmy bagaże, a sami poszliśmy na poszukiwanie jakiejś restauracji.

Znalezlismy taka jedna, blisko hotelu z pysznym jedzonkiem. I jak juz brzuszki sie najadly odziani w mape poszlismy na spacer. Celem byla zatoka. Przeszlismy przez brame do Chinatown


 i wijacymi sie uliczkami, raz stromymi w gore raz w dol, przez cale Chinatown pnelismy sie do zatoki.


 Przy okazji podziwialismy przepiekne krajobrazy domkow i zatoki. W pewnym momencie poczulam sie jak w gorach, bo tak stromo bylo.


 W pewnym momencie Matt mi przestal wierzyc, ze idziemy nad zatoke, bo uliczki pnely sie mocno w gore, zamiast wedlug niego w dol i musial sie zapytac kogos, kto mu zaraz odpowiedzial, ze w dobrym kierunku idziemy. Ja to wiedzialam, w koncu umiem odczytac mape ;)) dostal kopa w pupe za nie wiare w moje sily orientacyjne :)



I tak podziwiajac doszlismy do przepieknej zatoki, z dala ktorej widzielismy wyspe z Alacatraz i Golden Gate Bridge.


Przeszlismy sie po zatoce, po sklepikach

, poobserwowalismy lodzie i wylegujace sie w sloncu foki. Niesamowite widok. Foki na wolnosci. Grube walki na pomoscie. Wiekszosc z nich wogole sie nie ruszala wiec wygladaly jak nie zywe. Male baraszkowaly w wodzie. Co jakis czas ktoras z nich sie odzywa. Smieszne.



 Potem postanowilismy aby przejsc sie do przystani numer 33 i zorientowac sie czy mozemy kupic bilety na Alcatraz. Okazalo sie, ze biletow na zwiedzanie wyspy i wieziania na wieczor juz nie ma, ale na jutro sa. Kupilismy wiec na 11.30 i wrocilismy do przystanku Cable car, czyli po polsku tramwaju, tego slynnego, ktory jedzi po stromych uliczkach w dol i gore. Zalapalismy sie na miejsca stojace, wiec takie jakie chcialam i 'pofrunelismy' w dol. Momentami serce stawalo mi w gardle. Zwlaszcza gdy wiezdzalismy pod wielka gore i tylko kawalek nieba widzialam i dalej nic. I tramwaj byl ustawiony pod skosem tak stromo, ze czulam sie jak na roller-coaster. A potem z wiatrem sfruwalismy na dol tez sercem w gardle. Fajnie bylo, ale momentami nie moglam patrzec. I tak dojechalismy na sam dol. Z jednego konca na drugi. Porobilismy zdjecia, a potem poogladalismy jak obracaja tramwaj na druga strone.


 I powolutku, bo nogi nas bolaly i bylismy potwornie wymeczeni. Wrocilismy do hotelu, wyprysznicowalismy sie, wskoczylismy w ubrania i poszlismy na poszukiwanie jakiejs lokalnej knajpki. Jeden z gosci hotelowych polecil nam irlandzki pub, ktory byl bardzo blisko hotelu, wiec postanowilismy tam pojsc. Po wstepnym przejrzeniu menu znalazlam cos wegetarianskiego dla siebie. Bardzo mila atmosfera, dobre jedzonko, ale zaraz po sie zmylismy bo bylo juz po polnocy i zamykaly mi sie oczy. Szybko wiec spacerkiem do hotelu i do lozka spac. Szybko zasnelismy z nastawionymi budzikiem na nastepny dzien.
23:27, alexxela78
Link Komentarze (2) »
Wrocilismy
do wielkiego balaganu i dwucentymetrowego kurzu, ktory jest doslownie wszedzie. Opis wakacji bedzie w odcinkach nastepnym razem, a na razie ku pamieci, pamietnik remontowy.
Wrocilismy w poniedzialek nad ranem, dlaczego nad ranem w poniedzialek, a nie w niedziele wieczorem napisze innym razem. Sprzety fachowca na dole, kurz/pyl wszedzie, lazienka z nowymi scianami, z dzialajacym kibelkiem i prysznicem, wiec mozemy brac prysznic. Kafelki na podlodze i to wszystko. Zobaczylismy wiele rzeczy, ktore sie nam nie podobaly. I zadzwonilismy do fachowca, ktory nam wylasnil, ze nie mogl niestety tego zrobic. Jak podwyzszyc sufit, zamontowac wywietrznik. Wczoraj zrobil nastepna sciane, ktora zakryla rury. Dzisiaj zaczal robic kafelki przy wannie. Zrobil siedem rzedow na dwoch scianach i tyle. Myslalam, ze skonczy dzisiaj, w koncu sciana ta nie jest az tak duza powierznia. Wiec jak to dzisiaj zobaczylam po przyjsciu z pracy to sie lekko zalamalam. W takim tempie to ten remont sie nigdy nie skonczy. Dowiedzielismy sie przy okazji, ze facet do wanny przyjdzie dopiero w nastepny piatek! Wiec juz totalna zalamka. Ale oddycham gleboko i ciesze sie, ze nie ma mnie w domu przez caly dzien, wiec tego brudu, kurzu i wszystkiego nie widze i sie nie stresuje. Ide spac, wciaz odsypiam wakacje ;)
04:40, alexxela78
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2011
San Francisco, here I come!
Wtorek wieczor. Dom w wiekszosci pokryty plastikiem, pudla na dole, w pokojach. Ja, padam na twarz. Walizki spakowane. Ostatni rzut na lazienke. Ostatni raz w niebieskiej szacie. Od czwartku mamy nowe okno, od jutra zaczyna sie remont. A my lecimy na zachod. Juz nie moge sie doczekac. Jednego nie zdazylam przypilnowac, nie mamy zarezerwowanego samochodu, ale co bedzie to bedzie. I don't care anymore! Do uslyszenia po powrocie!
04:04, alexxela78
Link Komentarze (2) »