RSS
piątek, 20 kwietnia 2012
Jak rodziłam mojego syna, czyli zapiski porodu dla odważnych. Część druga.
Najpierw wylądowaliśmy w tej birth suite z tą wielką wanną i super duper wygodnym i normalnie wyglądającym łóżku. Położna podjęła decyzję, że przebije mi pęcherz, bo już  jest gotowy, i że naciska mi na szyjkę i że przyśpieszy to jeszcze bardziej moje rozwarcie. Kazała położyć mi się na łóżku i przebiła mi ten pęcherz. Wow,  i poleciało mi ciepło między nogami ;) Takie niekontrolowane uczucie często opisywane przez kobiety w ciąży ;) Po wodach mialam dobre 6.5cm rozwarcia.

Z jednej strony przerzuciliśmy cały nasz dobytek do tej birth suite, żeby po paru minutach być przeniesionym do innej birth suite z wielkim prysznicem. Powód? Procedura szpitalna, u osób z cukrzycą ciążową zazwyczaj rodzą się większe dzieci, więc położna podjęła decyzję, że łatwiej jej będzie przyjąć poród jeśli będę na takim łóżku, które może być ustawione na rożnej wysokości, pod kątem, więc jeśli będzie sytuacja, że dzidziuś ma problem, będzie jej łatwiej ten poród przyjąć. Po rozmowie z naszą doulą po porodzie okazało się, że ogólnie procedura szpitalna jest taka, że w birth suite nie mogą rodzić osoby z cukrzycą ciążową, właśnie z tego powodu, ale moja położna powiedziała, że da sobie radę i tyle. Zupełnie o tym nie wiedzieliśmy przed porodem, więc fajnie było sobie moje luki wypełnić, jaki to był powód zmiany pokoju, bo na początku myślałam, że powodem zmiany pokoju było to, że mam GBS i, że nie mogę korzystać z wanny jeśli odeszły mi moje wody płodowe.

W drugiej birth suite wygodnego łóżka nie było, ale był prysznic, który bardzo spodobał się Mattowi podczas naszej wycieczki po szpitalu. którą odbyliśmy w czasie zajęć przygotowywujących nas do porodu naturalnego.

Przypominam sobie siebie i pamiętam, że byłam w swoim świecie, słyszałam głosy obok mnie, jak doulę, która pokazywała położnej i pielęgniarkom mój plan, jak pielęgniarka ( która tak na marginesie była wspaniałą kobietą!) mowiła co i jak i co mamy i co możemy dostać, ale byłam tak obolała, że cieszę się, że miałam tak wspaniałych adwokatów koło mnie, bo naprawdę człowiek nie ma sił na nic, skupia się na tych swoich bólach.

Po przyjściu do tego drugiego pokoju doula postanowiła wziąć mnie pod prysznic. Pamiętam naszą rozmowę podczas jednego z naszych spotkań prenatalnych i jak się jej pytałam, co mogę ubrać pod prysznic myśląc, że będę się wstydzić swojej nagości. Wow, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc jak Cię boli i masz skurcze, nagość i wstyd schodzi na plan dalszy, i ma się w nosie, że się jest nagim w tym momencie i wogóle o tym się nie myśli.

Prysznic był taki duży, że i ławeczka była na której mogłam usiąść i kibelek. Siedziałam więc na ławeczce okrakiem, a doula na zmiane z moją Mamą, polewała mój kręgosłup wodą. Pamiętam, że było mi nie wygodnie, że okropnie ten mój kręgosłup mnie bolał, że miałam momenty, że płakałam i powtarzałam, że tak strasznie mnie boli. I jakoś ten prysznic za bardzo mi nie pomagał, więc skończyłyśmy. Poza tym położna popędzała mnie z powrotem na łóżko, więc narzuciły na mnie wielki ręcznik, powycierały, przebrały w koszulę.  Był to czas na następną dawkę antybiotyku i koszmar zacząl się ponownie. Bo i monitor na brzuch i antybiotyk w żyłę i badanie temperatury i ciśnienia i pamiętam tylko ten przeraźliwy ból mojej dolnej części kręgosłupa.

W tej pozycji nie mógł mnie nikt masować, więc doula podłożyła mi poduszkę elektryczną, która za bardzo mi nie pomagała, bolało jak diabli. Powtarzaly mi, że dziecko przesuwa  się i że niedługo mnie ten kręgosłup przestanie boleć. Niestety przestał dopiero jak urodziłam ;) Z tego co PernaLyn mi opowiadała po porodzie to położna wiedząc jak bardzo boli mnie kręgosłup, kiedy normalnie na tym etapie kręgosłup już nie boli, myślała, że dziecko obróciło główkę w kanale i że wychodzi inaczej, więc pamiętam, że na parcie ustawiła mi moje łóżko tak, że ja byłam na pół siedząco na górze, a ona na dole w razie komplikacji miała dobry widok na rodzącego się Artura.

Po jakimś czasie zaczęłam odczuwać parcie, mocne parcie, więc poprosiłam, żeby sprawdziły mi czy już mogę przeć, okazało się, że mam dopiero 9cm. Czekanie pomiędzy 9, a 10 było wiecznością. W rzeczywistości nie wiem ile czasu minęło.  Czułam, że skurcze nie  mają już ani początka ani zakończenia, że są mocne, były jak fale oceanu podczas sztormu. Na dodatek ten głupi kręgosłup bolał mnie tak, że ryczeć mi się chciało plus niewygodna pozycja.

Pamietałam, że chciałam rodzić na siedząco i leżąc nawet nie miałam sił aby się zapytać co się stało z tym punktem na mojej liście. ( teraz już wiem dlaczego nie zaproponowano mi, żebym rodziła w innej pozycji. Nie spałam całą noc, więc mogłam nie mieć tylu sił aby rodzić na przykład w pozycji psa, a potem doszedł ten niekończący się ból kręgosłupa i ta niewiadoma jeśli chodzi o położenie główki).  Pamiętam, że mówiłam, że nie dam rady, że nie mogę powstrzymać tej siły parcia, że nie będzie dziecka numer dwa. I czekałam na położną, która sobie wyszła i nie wracała i czekałam na te 10cm, na zielone światło. Nie wiem ile czasu upłynęło zanim w końcu położna się zjawiła, ale dla mnie to była wieczność. I kiedy w końcu dała mi zielone światło, byłam szczęśliwa.

Zaczęło się parcie. Nie wiem jak to jest na epiduralu, ale bez jakichkolwiek prochów czujesz te fale skurczu, które przechodzą przez twoje ciało. Czujesz jak przychodzi i jak narasta i masz czekać aż narośnie tak żeby wykorzystać jej moc w 100%. Ale to czekanie aby narosła jest bardzo ciężkie. Jak już narośnie to przesz i podczas porodu uczysz się, które parcie jest tym dobrym parciem, poza tym położna z pielęgniarką pomagały mi odróżnić te parcia.

Przy mojej głowie z jednej strony stał Matt, a z drugiej moja Mama, w pierwszym rzędzie jedną nogę trzymała mi pielęgniarka, a drugą doula. Mamusia podawała mi lód i ochładzała mnie kompresami. Niesamowite jak mi usta szybko suchły. Wiem, że w pewnym momencie nastąpiła zmiana i to Matt był w pierwszym rzędzie trzymając mnie za jedną nogę.

I pre. Każą mi zgiąć głowę i podłożyć pod uda moje ręce i jeszcze bardziej przyciągnąć je do siebie. Rodzę, prę. Położna, pielegniarka i doula mi dopingują, że dobrze sobie radzę, że głowa idzie, ale uplywa w moim odczuciu dużo czasu, aż w końcu ją widać. Czuję, że położna masuje mi mój mięsień i polewa główkę i ściankę szamponem, żeby była śliska i bardziej się rozciągnęła i poddała idącej główce. Idzie głowa. A ja mam uczucie, że mnie rozrywa, czuje, że coś mnie piecze. Głowa wychodzi, jest w połowie, a ja mam uczucie, oprócz bólu kręgosłupa, że robię twardą kupę i że ta kupa ugrzęzła mi w połowie i nie chce wyjść. Naprawdę takie dziwne uczucie. Skurcze są ogromne, jak fale w czasie sztormu naplywają i się roztrzaskują i pre. Raz, potem łapie oddech i znowu prę, potem następny oddech i po raz kolejny prę i następuje koniec skurczu. Każą mi odpocząć,  ale zaraz następny idzie i czuję, że już idzie i nie mogę i nabiera mocy  i czuję, że nie dam rady,  ale w końcu dają mi zielone światło na następną rundę parcia. I teraz już wiem jak przeć aby nastąpił progres w wypchaniu tej głowy. Cały czas jestem skupiona na tym, aby ta głowa już wyszła. Głowa w końcu wychodzi, Matt widzi, a ja nie mam sił aby ją dotknąć, żałuje bardzo.

I znowu następny skurcz nadchodzi, ale mam czekać żeby się trochę podbudował i słyszę położną, która mówi do mnie  abym otworzyła oczy bo rodzi się mój syn, otwieram oczy i widzę jak go wyciąga, słyszę jego przeraźliwy wrzask,  i kładzie mi Go prosto na moją klatkę piersiową takiego mokrego, czystego, bez żadnej mazi, pomarszczonego. Młody zawodzi i uspokaja się dopiero po chwili. I widzę, że Matt płacze i mi łzy kręcą się i pamiętam, że zaczynam powtarzać, że zdrowy jest, bo tym się najbardziej przejmowałam. I mówię jaki malutki jest i patrzę na Niego jak otwiera i zamyka oczka, przytulam Go i mówię do niego. Potem słyszę jak położna  pyta się kto ucina pępowinę, doula uspokaja mnie mówiąc, że czekała aż przestanie pulsować, że wszystko jest tak jak chciałam. Matt pępowiny nie chce przecinać, więc położna pyta się mojej Mamy, która przecina pępowinę za drugim podejściem. Żałuję, że nie mam zdjęć z tego momentu. Młody nadal leży na mojej piersi w czapeczce i słodko się przyglada. Rodzę łożysko, potem mnie szyje bo się rozdarłam.

Podsuwają mnie do góry, bo kiedy położyli mi go na klatce położyli mnie płasko i przedstawiam Młodemu pierś, oblizuje ją i smakuje, och jest taki słodki i pachnący. Bardzo długo jesteśmy ze soba, witamy się i poznajemy nawzajem.

C.D.N.

Dopisane:

Zapomniałam napisać, że 'wypychanie' Arturka na świat zajęło mi tylko 45 minut ;)

02:57, alexxela78
Link Komentarze (18) »
czwartek, 19 kwietnia 2012
Nowy rekord
W wieku osiemnastu dni Artur pobił wczorajszej nocy rekord spania. W ciągu dnia miał problem z zaśnięciem, były to w większości bardzo krótkie drzemki, przerywane przy okazji wizytą u lekarza. Ostatni raz nakarmiłam Go zaraz po kąpieli o 8.16 i zasnął w końcu o 9.37. Idąc do łóżka zastanawiałam się, czy się obudzi po jedenastej na jedzonko. Nie obudził się, obudziłam sią ja po dwunastej i kiedy spojrzalam na zegarek pomyślałam 'o kurcze' znowu facet zaspał. Wstałam więc sprawdziłam pieluchę, nic nie było i zaczęłam Go budzić, nie dało się, więc Go odłożyłam i pomyślałam, że pewnie obudzi się sam za pół godziny, bo tak zazwyczaj robił jak przesypiał. Zasnęłam i obudziłam się za dziesięć trzecia! I jak zobaczyłam która jest godzina to zamarłam. Facet w najlepsze spał, ale dał mi się w końcu obudzić. Pojadl troszkę z jednej piersi, drugiej już mi się nie udało mu wcisnąć bo zasnął snem kamiennym i dopiero obudził się o szóstej. Sam się obudził, budząc mnie tym razem. Jestem bardzo ciekawa czy jakbym przespała tą trzecią rano, nie nastawiam zegarka, budzę się ostatnio sama i jestem tym faktem bardzo zaskoczona, czy przespałby do tej szóstej o głodnym żołądku? czy obudziłby się wcześniej? Kto wie.
Jest więc szansa, że jak będzie już starszy to będzie dobrze spać, jeśli już takie numery teraz robi.

No a poza  rekordem spaniowym mamy rekord w zużyciu pieluszek. Powróciliśmy do rozmiaru noworodkowego, z racji małej pupci wyżej zainteresowanego i mokrych ubranek.
Rekordem chłopczyka ( 15 dni spędzonych w domciu) jest zużycie 141 pieluszek!
01:00, alexxela78
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Jak rodziłam mojego syna, czyli zapiski porodu dla odważnych. Część pierwsza.
Opis porodu wyszedł mi bardzo długi, więc będzie w odcinkach ;) więc jeśli pojawią się pytania z Waszej strony bedzie latwiej je ogarnąć.

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że cieszę się, że moje marzenie o porodzie naturalnym sie spełniło, że w 99 procentach było tak jak chciałam, ale rodzic codziennie bym nie mogła, nawet co wiosnę bym nie mogła i chylę czoła tym co umieją. Bo takiego wysiłku co moje ciało przeszło to nigdy nie doświadczyłam, teraz się nie dziwię, że porównują poród do przebiegniętego maratonu. Ale zacznijmy od początku.


U lekarza byłam we wtorek, 27 marca na kontrolnej wizycie. Podczas tej wizyty jak zwykle sprawdzono mi mocz, a potem rozwarcie, które okazało się, że się zwiekszyło do 4cm i że szyjka macicy jest gotowa w 90%, więc wieści były bardzo dobre. Miałam też skurcz podczas tego badania. Lekarka obstawiła, że albo środa albo czwartek, wychodząc z gabinetu spytałam się recepcjonistki kiedy moja lekarka ma dyżur w szpitalu i okazało się, że właśnie w te dwa dni. A ja od jakiegoś już czasu planowałam rodzic z położnymi, więc pomyślałam, że ciężko będzie dokonać zmiany jeśli akurat moja lekarka będzie na dyżurze.

Wracając do domku, zrobiłyśmy z moją Mamą długi spacer i już podczas tego spaceru nie czułam się za dobrze. Tak nagle zaczęły  mi się bóle brzucha, jak przy zbliżającym się okresie, ale wróciłyśmy do domciu i jakoś się rozeszło po kościach. Powtórzyło się ponownie popołudniu i wieczorem, więc myślałam, że jeśli nie dzisiaj to na pewno w środę. Ale wtorek przeszedl, środa też, myślałam, że może w tę środę, bo ja się urodziłam w środę, ale nie. Kiedy środa mijała pomyślałam, że piątkowa data ładnie wyglada i że może Torbiniątko czeka, bo wie, że chce rodzić z położnymi, a nie chce czuć się nielojalnie wobec mojej własnej lekarki.

W czwartek bóle znowu się pojawiły, tak poźnym popoludniem, a wieczorem już siedziałam na piłce i zastanawiałam się, czy to już to ;) Esemesowałam z naszą doulą, że mam bóle takie jak przy miesiączce i że boli mnie przy nich kregosłup, dolna część. PernaLyn odpisała pytajęc się mnie jak często je mam i poradziła mi, że mam iść spać i przekonywała mnie, że na pewno się obudzę jak się zrobią bardziej mocne. Matt przyszedł z pracy i pamiętam mówiłam mu, że nie umiem liczyć tych skurczów, więc poczytaliśmy co i jak i w jakiej częstotliwości mają występować i poszłam do łazienki. Umyłam głowę, tak na wszelki wypadek jakbym miała iść do szpitala, wzięłam prysznic i około jedenastej poszliśmy spać. Pamiętam, że wysłałam jeszcze o 11.30 esemesa do przyjaciółki z tekstem, że chyba się zaczęło i że dam znać.  Nie wiem czy zasnęłam, czy też nie, ale około 1.20 rano bóle zaczęły przybierać na sile tak, że nie wygodnie było mi leżeć, wstałam więc, poszłam do łazienki i wróciłam i na podłodze zaczęłam się rozciagać w pozycji psa. Ale jakoś nie pomagało mi, obudziłam Matta mówiąc mu, że chyba się zaczęło. Matt wziął więc stopper i zaczęliśmy odliczanie długości skurczów. Pamiętam, że najpierw nie wiedziałam jak, potem w końcu nauczyłam się je odczytywać.

 Najpierw skurcze były 30 sekundowe, ale się wydłuzały i częstostliwość narastała też. O drugiej rano Matt napisał esemesa do naszej douli, że mam skurcze, które  są o długości minuty co dwie minuty się powtarzają przez ostatnie dziesięć minut i zapytał się czy czekać godzinę. Nasza doula zadzwoniła i probowała wywnioskować z rozmowy z nami, ze mną, czy to już czy ma przyjechać, czy jednak czekamy. Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy czekać nastepnej godziny bo samo jej przyjechanie do nas może zajmie godzinę. Po trzeciej rano przyjechala PernaLyn. Moje bóle najpierw zwolniły tempo, więc żartowałam, że może nie były prawdziwe, żeby  przybrać na mocy chwilę potem.

Postanowiliśmy, że do szpitala jeszcze nie jedziemy, że się przygotujemy najpierw w domku. I tak podczas większości skurczów siedziałam na piłce, a i próbowałam jeść co by mieć siłę na poród. Podczas każdego skurczu bolala mnie dolna część kregosłupa. W przerwie pomiędzy skurczami rozciagałam się na schodach z pomocą Matta, raz jedna noga, raz druga, podczas skurczy stawałam przy balustradzie i dreptałam w miejscu oddychając głęboko. Każdy skurcz liczyła doula, jak długie są i jak często występują. Około w pół do szóstej rano postanowiliśmy, że jedziemy do szpitala. Bóle były coraz mocniejsze, a że jestem nosicielką GBS chcieliśmy mieć pewność, że będziemy na czas. Zapakowaliśmy się do samochodu, podróż nie była długa, ale w pozycji siedzącej z bolącym kręgosłupem skurcze nie należały do przyjemnych, ale próbowałam skupić się na oddychaniu i jakoś przetrwałam tę podróż.  Pamiętam, że powtarzałam, że mnie bardzo  boli. Matt wysadził nas pod szpitalem, a sam pojechał  odwieźć samochód do garażu. A my na górę do izby przyjęć.

Wychodząc z windy rozpłakałam się, nie wiem w sumie dlaczego. I najlepsze, bo nie mogłam się uspokoić. Och emocje! Do izby przyjęć nie chciałam wchodzić bez Matta, więc czekałyśmy pod obmyślając plan działania. Punkt przyjęć, chyba to ładniej brzmi ;) ma zasady, że z osobą zainteresowaną mogą wejść tylko dwie osoby, więc wybrałam Matta i naszą doulę, a Mamuśka została w poczekalni. Na dzień dobry pielęgniarka spytała się z jakiego powodu jestem u nich dzisiaj ( bardzo mi się chciało śmiać wtedy i chciałam jej odpowiedzieć, 'kobieto nie widzisz?'), wypytała mnie o wszelkie info, co i jak. Całe szczęście, że miałam dwie osoby, które w większości odpowiadały na pielęgniarki pytania, bo ja byłam w bólu. W końcu pielęgniarka wzieła mnie samą do pokoju, nie wiedziałam o co jej chodzi, a ona zaczęła się wypytywać, czy czuję się bezpieczna, czy nikt mnie nie molestuje i czy mogę bezpiecznie wrócic do domku, wow nie wiedziałam, że tak pytają, powiedziałam, że wszystko dobrze jest.


 W pokoju przebrałam się w koszulę szpitalną, poprosiłam, że chcę aby poród był odebrany przez położne, a nie przez moją lekarkę i że chcę rodzić w 'birth suite'. Pielęgniarka odpowiedziała, że sprawdzi czy położne są wolne i żeby być przyjętym do 'birth suite' muszę mieć 6cm rozwarcia. PernaLyn pokazała im mój plan porodu, musiałam podpisać jakieś szpitalne papiery, że w razie czego mogą mi np. zrobić transfuzję i inne procedury szpitalne. I kazali mi wejść na łóżko, bo związku z tym, że miałam cukrzycę ciążową chcieli poobserwować malucha, nie pamiętam przez jaką ilość czasu, czy miała to być godzina, czy mniej. Położyłam się więc na boczku, monitor na brzuch, w nadgarstek wbiła mi się igłą co by podać mi pierwszą dawkę antybiotyku, ktoś inny sprawdził mi poziom cukru we krwi ( oczywiście miałam panikę w oczach, bo przecież jadłam owoce przed przybyciem do szpitala, ale wynik był bardzo dobry) i miałam poczekać na lekarza, albo położną, która miała mi sprawdzić rozwarcie.

Skurcze w pozycji leżącej nie należały do fajnych, należaly do bardzo niewygodnych i bolących, więc na zmianę z Mattem, doula masowała mi plecy, przy każdym skurczu, potem podłożyła mi poduszkę elektryczną, ale bycie w tej pozycji było męczarnią.
Po paru minutach przyszła lekarka sprawdzić moje rozwarcie i jaka byłam rozczarowana kiedy okazało się, że stoję w miejscu, że wciąż mam te 4cm i dalej nie poszło. Jedynie szyjka macicy była gotowa w 100%. Pamiętam, że chciało mi się płakać. Dostaliśmy dwie godziny, aby przejść z 4 do 6cm. Dostałam piłkę i możliwość chodzenia została mi zwrócona. Pomogła mi wtedy rozmowa z doulą, która widziała moją minę, ale przekonała mnie, że damy radę. I tak kończąc dawkę antybiotyku siedziałam na piłce i przechodziłam skurcze tam, a kiedy antybiotyk się skończył wyszłyśmy na korytarz, tak , że moja Mama mogła nam towarzyszyć, a Matt przespać. Na korytarzu wsparta za rękę z Mamą, zaczęłam chodzić, wyciągając nogi przed siebie i robiąc siedmiomilowe kroki, potem miedzy skurczami wsparta z dwóch stron przez doulę i Mamę robiłam głębokie przysiady pod ścianą, a podczas skurczy stałam przy ścianie dreptajac w miejscu. Po dwóch i pół godzinie mieliśmy dobre wieści, osiągnęłam 6cm rozwarcia i mogę przejść z punktu przyjęć do birth suite!

Jeszcze w punkcie przyjęć przyszła przywitać się ze mną położna i razem, zabierając przy okazji z poczekalni moją Mamę, przeszliśmy do części szpitalu z pokojami porodowymi.

C.D.N.

03:55, alexxela78
Link Komentarze (5) »
środa, 11 kwietnia 2012
Przerob jest
Moj chlopczyk spi wlasnie jak anioleczek, wiec mam chwilke :)

Ostatnio dzien zaczynam od poludnia, bo  poranna drzemke biore razem z Mlodym. Przez dwie ostatnie dni Maly malo spi w ciagu dnia, robi krotkie drzemki, nie moze zasnac na dluzej i lepiej spi w ciagu nocy. Budzi sie zazwyczaj co trzy godziny na papu, odbeknie, zmienie mu pieluche i ladnie zasypia, wiec w takim systemie ostatnio zyje, dwu i pol godzinnym.

Zauwazylam, ze sie nie budzi kiedy ma mokro, albo jak kupe zwali wybiera spanie, ja wybieram spanie ponad jedzenie, wiec ostatnio zaczynam dzien od obiadu, czyli poznego lanczu.

Chlopczyk zdecydowanie jest malutki, drobniutki, po przyjezdzie ze szpitala okazalo sie, ze pare ubranek w noworodkowym rozmairze ktore mam sa wciaz lekko za duze na niego, nie wspominajac, ze w rozmiarze 0-3 sie topi.

W weekend skonczyly mi sie pieluszki dla noworodkow bo jak wrocilismy ze szpitala to nastapila produkcja kupy, a wczesniej w szpitalu na pytanie pielegniarki po kazdym karmieniu czy cos bylo, zazwyczaj odpowiadalam, ze nie, a teraz wow! dacet naprawde ma szybki przerob ;)
A, ze nie kupilam nowej paczki pampersow dla noworodkow, zaczelam uzywac jedynek, ktore sa wielgachne dla niego! Zakladam mu je zawijajac pod caly pas obrazka wiec z przodu ma pieluche podwojnie i jakos lecimy.

Juz myslalam, ze proces luszczenia skory mamy za soba, ale nie wciaz zlazi mu skora platami.

Sorry za brak polskich literek, jest dziewiata wieczor, a ja padam, wiec do nastepnej notki, ide spac.
03:00, alexxela78
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 kwietnia 2012
Arthur Joseph
urodzil sie w piatek 30 Marca o godzinie 1.10 po poludniu. Mierzyl 7 lbs i 1oz, czyli 3219 gramow, i mierzyl 20 in, czyli 50.8 cm.
Przywital ten swiat bardzo glosnym wrzaskiem i z tego co pamietam szybko sie nie uspokoil ;) Parlam z zamnknietymi oczami, bo tak mi bylo latwiej sie skoncentrowac na bolu, pamietam jak sie rodzil, jak juz wychodzil, polozna powiedziala do mnie, ze mam oczy otworzyc, bo wychodzi. Polozyli mi go na piersi taka slodkiego, placzacego. Pamietam, ze powtarzalam, ze jest zdrowy i ze taki kochany.

Porod sprobuje podsumowac innym razem, powiem tylko, ze w 99% bylo tak jak chcialam, naturalnie w 100%, dumna jestem, ze dalam rade.

Na deser zdjecie Mlodego, a przed podziekowania dla Monstermamy, mojej siostry,  za przedstawienie Arturka i dobre dla Was wiesci!

Oto dlugo oczekiwany, moj wymarzony chlopczyk, nie moge uwierzyc, ze jest MOJ:




04:09, alexxela78
Link Komentarze (15) »